CYCLAMEN – Rotten

Miałem kiedyś w życiu bardzo krótki epizod, kiedy podkochiwałem się w screamo – wszystko to działo się głównie za sprawą Saetia i Orchid, które to zaintrygowały mnie przede wszystkim rzadko spotykaną emocjonalną intensywnością, szukaną później u dziesiątek kolejnych grup obracających się w tej estetyce. Niestety, romans ów wypalił się dość szybko, a wskrzesić go nie były w stanie nawet pojedyncze przebłyski w postaci choćby zeszłorocznego albumu Ostraca. Wtem, zupełnie niepodziewanie, natrafiam na francuski Cyclamen (zbieżność nazw z japońską grupą math metalową – mam nadzieję – zupełnie przypadkowa), który… Niestety nic nie zmienia w moim postrzeganiu tego nurtu.

„Rotten” jest albumem niezwykle nierównym i przez to też stosunkowo problematycznym. Cyclamen ewidentnie są rozdarci pomiędzy niezwykle stereotypowym, a przez to też raczej nudnym screamo a budzącą się od czasu do czasu naturą inteligentnych kombinatorów, umiejących łączyć pozornie nie zawsze pasujące do siebie wątki. Pokazuje to, że pewnie, Francuzi mają potencjał, by wychylić nos poza wąskie grono miłośników screamo i – podobnie jak chociażby Ostraca – zainteresować również słuchaczy niekoniecznie obytych z tego typu muzyką. Niestety, gros utworów na „Rotten” to raczej przeciętne granie pod starsze Touché Amoré, dodatkowo pozbawione bardziej wyrazistej melodyki. Generalnie, dużo ciekawej robi się gdzieś w drugiej połowie, mniej więcej od „Envy” (zabawnie, co?) – to chyba pierwszy utwór, na którym Cyclamen zrzucają szary płaszcz nijakości i stawiają na konkretniejsze melodie. W „Fuck This” słychać dużo więcej agresji i odwołań do sludge’u; równie wściekle, co zresztą sugeruje tytuł, jest w „Fuck Your Brain”, choć w tym przypadku swoje robi przede wszystkim znacznie podwyższone tempo przełamane mniej więcej w połowie niepokojącą melorecytacją. Najciekawiej jest jednak w hałaśliwym „Snam Hell”, gdzie świdrujące gitary i odpowiednio intensywne partie wokalne naprawdę mają prawo się podobać. Oprócz tego, cóż… Pół biedy, gdy Francuzi wplatają trochę melodii – głównie za sprawą pojawiających się czasem wielogłosów – tak, jak w „A.C.A.B.” czy „Pay My Bills”. Zazwyczaj jednak trudno przełamać im marazm ograniczeń gatunkowych, przez co też popadają w przeciętność. A jak wiadomo, przeciętność to jedna z najgorszych cech muzyki.band

Mimo wszystko wierzę, że z czasem Cyclamen nabiorą przede wszystkim odwagi, bo jednak słychać, że są pomysły na coś więcej. Cieszy mnie, że chłopaki potrafią naprawdę się wkurwić, potrafią (co prawda rzadko, ale jednak) zaczerpnąć co nieco z innych gatunków, a także wpleść w kompozycje nieco więcej mniej oczywistych melodii. Okej, wciąż przy tym trzymają się trochę tej cukierkowatej otoczki emo, ale nie zawsze robią to znowu aż tak kurczowo. W każdym razie Cyclamen przynajmniej nie podążają ślepo za Touché Amoré czy Pianos Become the Teeth, a to samo w sobie już całkiem nieźle o nich świadczy.

Michał Fryga

Trzy