CULT OF LUNA&JULIE CHRISTMAS – Mariner (Indie Recordings)

Rewolucja pożera własnych proroków, chciałoby się powiedzieć… Pochodzący z Umeå zespół startował w tłumie sobie podobnych wykonawców, szybko znalazł się w czołówce peletonu na poziomie „Somewhere Along the Highway”, a za sprawą Vertikal w pewnym sensie zamknął swoją historię. W 2016 roku okazuje się, że stworzony przez nich kanon przestał być błyskotliwą awangardą, zasługując raczej na miano klasyki, dlatego też powrót po trzech latach wydaje się być bardziej próbą przetestowana rynku, w celu sprawdzenia, jak dzisiaj młodzież reaguje na pełne rozmachu, post metalowe kompozycje. O pewnej dezorientacji świadczy zresztą fakt współpracy z wokalistką Julie Christmas. Czyżby muzykanci nie wierzyli we własne możliwości? A może raczej nie do końca wiedzą, co ze sobą zrobić i potrzebują bodźca z zewnątrz? W każdym razie jest „Mariner” czymś w rodzaju dumania na rozstaju dróg. Z tym, że nie wynika z niego, w którą stronę zespół się uda. 

Arek: Culty powróciły. Do zmienionego świata gdzie nie są już prorokami… Dobrze to czy źle?

Grzegorz: Ale oni prorokami nigdy nie byli. Długie lata chowali się w mroku, i tam jest im najlepiej. Owszem, był czas, że byli w swoim graniu numerem jeden (okres „Somewhere Along The Highway”), ale potem coś w tej ekipie pękło.

Arek: Pozostaje pytanie czemu pękło? Bo zostali w okopanych pozycjach? W tym kontekście nowe mini jest wyraźną próbą odbicia się od dna.Cult&Julie

Grzegorz: Raczej śmiałym wymarszem przed sukcesywnie kurczący się szereg. Gigantów post-metalu zostało niewielu, młodzi szukają drogi w black metalu i metalcorze, a Cult broni się naturalnością, prostotą i jak zawsze potężnym rykiem. Tylko ten kobiecy pierwiastek, wnoszący dziwną nośność i spłaszczenie opowieści wyraźnie psuje „Mariner”. Kiedy Julie dochodzi do głosu, Szwedzi jakby szukali inspiracji w nagraniach Slowdive.

Arek: Paradoksalnie, branżowe audytorium właśnie w owym żeńskim pierwiastku upatruje swoistego, nowego rozdania dla COL. Zresztą, shoegaze jest teraz na topie, więc może….

Grzegorz: Ale nowego, bo co? Sama sikorka przed mikrofonem wiosny nie czyni. Jasne, wprowadza sporo przestrzeni i melodii, wcześniej raczej skrzętnie skrywanej w utworach Cult of Luna, ale kiedy dochodzi do erupcji agresji, skrzeków i tym podobnych, nie kupuję tego. Nie dlatego, że Christmas tego nie potrafi, wszak pół kariery drze się ile sił w płucach choćby u boku Grega Puciato, ale dlatego, że wystarcza mi jeden, ten ciepły, anielski kontrast do ściany dźwięku.

Arek: Ale w takim razie musielibyśmy spisać płytę na straty. A na to nie zasługuje. Choć nie zgadzam się też, że jest to najlepszy album w karierze CoL a i takie komentarze się trafiają.

Grzegorz: Zdecydowanie nie jest najlepszy. Co by miało o tym świadczyć? Nie oni pierwsi wzięli pannę na wokal, nie ostatni. Na miano opus magnum zasłużyliby gdyby poszli z tym materiałem jeszcze dalej, zrywając post-metalowe kajdany.

Arek: Ale jest tu parę takich, mimo wszystko, prób. Np. „The Greater Call” z wyraźnym ukłonem w stronę Chelsea Wolfe czy „Approaching Transiton” z piękną, zawieszoną przestrzenią. To się broni…

Grzegorz: Tylko, jak sam powiedziałeś przed chwilą, są to próby, momenty, do których chce się wracać, ale niekoniecznie będzie się pamiętać towarzyszące im tło.Cult of Luna

Arek: Może dlatego jest to tylko mini album. Test. Papierek lakmusowy. Sonda…

Grzegorz: I kolejny znowu za trzy lata? Kto jeszcze będzie o nich pamiętał?

Arek: No dobra. To teraz inaczej: co musiałby zrobić zespół Cult of Luna żeby wyrwać się z tej matni? Recepta made by Grzegorz…

Grzegorz: To by było zbyt proste. Wcześniej wysunąłem takie stwierdzenie, że im w mroku i w niszy jest dobrze. „Mariner” jest próbą, nie do końca udaną, zrobienia czegoś innego. Zatem Szwedzi obecnie stoją dość niepewnie na artystycznym rozdrożu. Wierzę, że niezależnie od tego czy nagrają jeszcze kolejne numery z Julie, czy wrócą do pisania kolosów nastawionych na sponiewieranie słuchacza, wyjdzie z tego coś wartego zapamiętania. Na razie z lubością wracam do „Somewhere Along the Highway”, i czekam na coś równie wstrząsającego, jak ten krążek.

Arek: Ale Twoja teoria mówi że powinni wykonać… krok wstecz. Myślisz, że szanse na coś w rodzaju „unowocześnienia” w przypadku tego zespołu nie są możliwe? A może właśnie w drugą stronę: zamiast wracać do „katedry”, pójść w stronę… trzyminutowych piosenek?

Julie Christmas

Julie Christmas

Grzegorz: To by niosło ze sobą zmianę samej struktury utworów, wprowadzenie typowych podziałów rytmicznych i właśnie piosenkowego charakteru kompozycji. Kobiecy głos idealnie by do tego pasował, ale dotychczasowy, monstrualny dorobek przesiąknięty walcami każe sądzić, że to niemożliwe. Musieli by grać szybciej, znacznie prościej, i nie nazywać się Cult of Luna.

Arek: Czyli powoli zmierzamy do nieuchronnej konstatacji, że najlepiej byłoby aby Cult of Luna dalej pozostawali kultową przeszłością?

Grzegorz: Chyba tak, ale jest jeszcze coś. Różnica wieku między nami to blisko dwadzieścia lat, i ja wciąż łaknę rzeczy mocnych, które zapadną mi w pamięć i będą wyrażać bunt pokolenia X. Ty nie ukrywasz swoich fascynacji lekkim, nośnym graniem, stąd pewnie ta wrzutka o trzyminutowych piosenkach. Zatem ja spytam wprost: podoba Ci się Julie w Cult of Luna? Widzisz w tym potencjał?

Arek: Trudne pytanie, bo nie mam prawa odmawiać im prób tworzenia siebie na nowo (co po tak w sumie imponującej karierze i statusie jest jak najbardziej potrzebne i godne pochwały…), ale jednak traktuję ten materiał mimo wszystko tylko jako eksperyment. I uważam jednocześnie, że narzędzi potrzebnych do wyjścia z impasu i odnalezienia się w świecie, gdzie post metalowe granie na nikim nie robi już wrażenia, powinni nadal szukać. Ale gdzie – tego nie powiem bo nie wiem.

Grzegorz: Ja też nie, i to jest w porządku. To oni są artystami, oni mają prawo, a poniekąd muszą poszukiwać. Efekty tych poszukiwań, na co liczę, jeszcze nie raz przyjdzie nam oceniać. Tym razem może wstrzymajmy się od jednoznacznego werdyktu.

Arek: Licząc, że mimo wszystko jeszcze nas zaskoczą.

Grzegorz: Muszą…

Rozmawiali Grzegorz „Chain” Pindor i starszy o 20 lat Arek Lerch

Zdjęcia: materiały Indie Recordings