CRYPTOPSY – The Book of Suffering (Tome I)

Nowe dzieło Cryptopsy to potwierdzenie teorii, że w końcu każdego coś dopadnie – zgaga, rwa kulszowa albo brak weny. W przypadku Kanadyjczyków jest to szczególnie bolesne, bo dotychczas udawało im się zachować wysoki poziom i zawsze potrafili czymś zaskoczyć. Szkoda, że tym razem jest po prostu nieco biednie…

Nie rozumiem kompletnie po co komu takie dziwaczne szatkowanie materiału. Amerykanie z Down także postanowili wydawać ep-ki i jak na razie ta metoda wcale nie przyniosła im specjalnego splendoru. Teraz Cryptopsy robi dokładnie to samo – chcą wydać kilka małych płytek (w dodatku we własnym zakresie…) i już pierwszą z brzegu strzelają sobie w stopę. Bo po pierwsze – jak znam życie, cena tego krążka nie będzie specjalnie odbiegać od kasy jaką trzeba wyłożyć na długograja; tym razem jeśli ktoś będzie chciał skompilować całą płytę, musi liczyć się z kilkukrotnym wydatkiem, co w Polsce raczej szału nie wzbudzi, tym bardziej, że w grę wchodzi tylko zakup wirtualny, dystrybutora raczej brak… Druga sprawa to muzyka. I tu wcale nie jest lepiej. Cryptopsy Band

Cryptopsy zawsze eksperymentował. A to udawał się w stronę czystego death metalu, to kombinował jak szaleniec („Whisper Supremacy” czy genialny w swoim rozmachu „Once Was Not”), to flirtował z metalcorem na „The Unspoken King”, by znowu powrócić na Cryptopsy w ramiona technicznego metalu śmierci. Zawsze jednak w ich muzyce było coś nieprzewidywalnego, zaskakującego, nawet jeśli jeden czy dwa utwory były tylko brutalną mielonką, musiał się w końcu pojawić jakiś eksperyment, mając zresztą takich muzyków jak Flo, nie było z tym problemu. Dlatego pierwszą część „The Book of Suffering” przesłuchałem z niedowierzaniem kilka razy. I co? I nic. Death metal. Potężny, doskonale zagrany, odpowiednio zaaranżowany. Tylko tyle. Nie znalazłem w tych czterech numerach ani jednego momentu, którym zespół choć trochę odstaje od standardowej rzeźni. Jakiegoś załamania, zaskakującej zmiany. Zamiast szaleństwa dostałem dobrze skrojone rzemiosło, które niczego nie wywraca do góry nogami. Ok., jeśli ktoś jest maniakiem death metalu w tej bardziej technicznej odmianie, będzie miał używanie, ale nie sądzę, by tym razem udało się Cryptopsy kogoś czymkolwiek zaintrygować. Mamy 2015 rok, w muzyce dzieje się tyle i tak kolorowo, że raczej „tylko” dobrym, poprawnym produktem nikogo się nie poruszy. Choć jednocześnie stwierdzam uczciwie, że może po prostu Flo i koledzy chcą sobie pograć death metal i z nikim nie mają zamiaru się ścigać… Przyjąłem do wiadomości istnienie tej płytki, oceniam nie za wysoko i czekam na kolejny odcinek, który być może przyniesie rozwiązanie zagadki pt. „Po jaką cholerę Cryptopsy tak się rozdrabnia?!

Arek Lerch

Trzy