CRUENTUS – Terminal Code

Rzadko spotykana umiejętność i odwaga w kreowaniu dźwięków rodem z muzycznego kosmosu w przypadku Cruentus jest cechą tak oczywistą, że wręcz niezauważalną. Może nie zauważamy jej, bo jesteśmy w szoku? Konsumpcja najnowszego dzieła zespołu, to podróż w nieznane.

Cruentus ma długą i zawiłą historię, imał się różnych stylistyk, min. symfonicznego black metalu. W końcu, gdzieś w okolicach Szczecina, eksplodowała bomba jądrowa, stąd mutacja, która doprowadziła do powstania dzisiejszej hybrydy. Opiszę muzykę Cruentus jednym zwrotem – cybernetyczna nowoczesność. Na „Terminal Code” elektronika, kosmiczne przestrzenie, matematyczna precyzja, żywe i komputerowe granie zlały się w miażdżący monolit. Słychać tu i Meshuggah („Neuro City Agenda”), słychać Fear Factory, gdzieś przemknie echo Covenant. Jednocześnie, obok epatowania mrokiem i industrialnym niemal hałasem, grupa potrafi wprowadzić zaskakująco melodyjne fragmenty (środkowa część „Inhale Exhale”, gdzie pięknie połączono gitarowe zgrzyty z niemal progresywną przestrzenią klawiszy). Na pierwszy plan wysuwają się charakterystyczne, rwane unisona perkusji i gitar rytmicznych („Love & Tensor Algebra” i praktycznie cała reszta…), jednak z każdym przesłuchaniem z czeluści płyty wyłaniają się coraz to nowe smaczki, elektroniczne pasaże, szumy, melodyjki (niemal jazzowe, kilkusekundowe solo w „Disintegrate”, rytmiczne dopasowanie sampli w tym samym utworze to mistrzostwo…). Zespół nie boi się używać do swoich potrzeb pozornie archaicznych brzmień syntezatorów, czystych wokali, stosowanych troszkę „pod” Burtona C. Bella, choć ujmy to im w żadnym wypadku nie przynosi (znowu „Disintegrate”…). Przy tym wszystkim nowa muzyka Cruentus jest bardzo przebojowa, wyrazista i absolutnie nie – polska. Świadczy o tym chociażby niebywała odwaga – na bądź co bądź metalową płytę zespół potrafi wrzucić czysty drum’n’bass „Fractal Architecture” czy wyrwany z katalogu Ninja Tune „Simsense Xp” i kawałki te brzmią w kontekście muzyki jak oczywista oczywistość. Mistrzostwem jest utwór tytułowy, gdzie mroczna, niemal gotycka atmosfera skontrastowana jest z łamańcami po linii gabba hard core a gitarowe brzmienia, przefiltrowane przez elektroniczne zabawki, stanowią z komputerami organiczną jedność. Przechodzenie od zmasowanej ściany dźwięku do nieludzkich pasaży, zapadanie się muzyki w świat zer i jedynek przypomina mi podróż przez trójwymiarowy film sf. Nieistniejący obraz tworzy się w mojej głowie i ta kreacja jest tak realna, że w zasadzie można „Terminal Code” wykorzystać jako gotową ścieżkę dźwiękową do futurystycznego obrazu. Cruentus zafundował nam podróż w świat metalowego Matrixa, bez wyboru pigułek a zamiast wsadzać w kark jakieś paskudne ustrojstwo, wystarczy założyć słuchawki. Nie sposób w tych kilku słowach opisać bogactwo brzmień, jakie stało się udziałem płyty. Mordercza praca, wykonana przez zespół jest słyszalna w każdej z czterdziestu minut, precyzja godna math rocka i wyobraźnia nawiedzonego maga. Jeszcze tylko słowo o oprawie graficznej – ekstraklasa! To   chyba dobry kierunek, bo zamiast ściągać bezpłciowe mp3, warto zaopatrzyć się w to bajecznie przygotowane wydawnictwo. Panowie, chylę nisko czoła, bo stworzyliście płytę roku.

Arek Lerch 6