CROWBAR – The Serpent Only Lies (Century Media)

Coraz mniej jest na tym świecie rzeczy niezmiennych. Jedną z nich na pewno pozostaje fakt, że Crowbar słabych płyt po prostu nie wydaje. Ekipa dowodzona przez charyzmatycznego Kirka Windsteina na przestrzeni lat przyzwyczaiła słuchaczy do pewnych standardów, a „The Serpent Only Lies” nic pod tym względem nie zmienia. Zgodnie z oczekiwaniami, to solidna porcja sludge’owego łupania.

Podobno nieszczęścia chodzą parami. Z pozytywnymi wiadomościami musi być jednak podobnie, bo ostatnimi czasy fani nowoorleańskiej legendy zostali uraczeni dwiema takowymi. Po pierwsze: po kilkunastoletniej absencji do składu powrócił basista Todd Strange. Taka addycja powoduje, że Łom znów śmiało konkurować może o miano najcięższego zespołu świata, już nie tylko pod względem ciężaru samej muzyki, ale i dosłownie. Dodatkowo, ta legendarna postać musi budzić jednoznaczne skojarzenia z latami 90., czyli zdecydowanie najbardziej płodnym w karierze grupy okresem. To wtedy powstawały wiekopomne dzieła, które do dziś pozostają punktem odniesienia dla szeregu młodszych artystów. Drugą, chyba jeszcze ważniejszą wiadomością była decyzja Windsteina o odejściu z Down i skupieniu się w stu procentach na swojej macierzystej załodze. Choć, oczywiście, zaangażowania nigdy mu nie zbywało, to taka zapowiedź musiała wzbudzić w słuchaczach nadzieję na „coś więcej”.
No właśnie, coś więcej. Bo chociaż dwa ostatnie albumy Crowbar nie były złe, to bez wątpienia czegoś im brakowało. Miały swoje momenty, ale, niestety, nie uciekły też od dłużyzn i patentów skleconych jakby na kolanie. Czy w tej kwestii nowy długograj coś zmienia? Po części na pewno. Ciężko powiedzieć, że to dzieło o klasę lepsze od poprzedników. Jeżeli wygrywa, to na punkty – o nokaucie nie ma mowy. Nie da się natomiast ukryć, że wydaje się być dziełem bardziej skończonym i spójnym, niż chociażby „Symmetry In Black”. Jest tu też więcej głębi i takiego szlachetnego mroku. Oraz parę innych, dawno niewidzianych nawiązań do chwalebnej przeszłości.Crowbar
Co najważniejsze: udało się muzykom uniknąć pułapek, jakie niesie za sobą łatka none heavier. Nie przekroczyli cienkiej, czerwonej linii, nie ma tu zwolnionych do granic możliwości motywów, nie ma też groteskowo grubo ciosanych riffów, jakie w paru miejscach pojawiały się na poprzednich płytach. Mamy za to esencję brzmienia Crowbar, czyli charakterystyczne, surowe gitary, pełen pasji ryk z pogranicza wściekłości i bólu oraz świetne melodie, w końcu dobrze wyeksponowane. Ba, taki „Surviving the Abyss” właściwie cały oparty jest na melodii. To pewne novum, bo dotychczas tego rodzaju zagrywki upychane były gdzieś ukradkiem i choć stanowiły integralny element muzyki zespołu, to rzadko grały w niej główne role. Podoba mi się też, jak brutalnie zwalnia refren tytułowego kawałka. „Embrace the Light” wyróżnia się pochodowym rytmem i wysuniętym na pierwszy plan subtelnym riffem. Z kolei „On Holy Ground” może być najlepszym utworem grupy od bardzo, bardzo dawna. Świetnie napisany, nieoczywisty numer okraszony przejmującym wokalem rozpoczynają… harmonie a’la Baroness. Palce lizać.
Wspomniałem o mroku. I rzeczywiście, momentami czuję się zupełnie tak, jakbym słuchał „Crowbar” i zanurzał w przepastnej, ciemnej otchłani, w którą wpatrywał się Windstein, tworząc ten pamiętny debiut. Już dawno nie było tak dobrze, poważnie. I choć nie wiem, czy nadejdzie jeszcze kiedyś dzień, w którym zespół nawiąże do poziomu chociażby „Sonic Excess In Its Purest Form”, narzekać na nowy album zwyczajnie nie wypada. W swojej kategorii wagowej (taki żarcik…) Crowbar wciąż nie ma konkurencji.

Adam Gościniak

Cztery