CROWBAR – Sever the Wicked Hand (E1 Music)

Od czasu poprzedniego krążka minęło równo sześć lat. Kłamstwem byłoby jednak twierdzić, że Kirk Windstein nudził się w tym czasie. Kilka miesięcy po premierze „Lifesblood for the Downtrodden” Huragan Katrina rozpieprzył Nowy Orlean, bazę Crowbar, zabijając półtora tysiąca osób mieszkających w tym rejonie. Do tego należy pamiętać o aktywnym Kingdom of Sorrow i dwóch długograjach wypuszczonych w 2008 i 2010 roku. Nie wspominając już o obowiązkach w Down.

Okazuje się, na szczęście, że Kirk nie wszystkie najlepsze riffy sprzedał do obu wyżej wymienionych kapel i zgromadził materiał godny porównania z „Sonic Excess in its Purest Form” czy „Odd Fellows Rest”. Dwanaście nowych kawałków z nawiązką wynagradza te sześć lat. Jestem nawet skłonny twierdzić, że kilka z nich należy do najlepszych w całej dyskografii. Nie ma mowy o numerach napisanych na szybko, na kolanie, tylko po to, aby w końcu wypuścić nowy album. Takie perły nie powstają przypadkowo i choć można mieć wrażenie, że pisanie miażdżących, sludge’owych riffów Kirk wyssał naturalnie z mlekiem matki, jestem pewien, że nie dałoby się zliczyć godzin, które poświęcił na ich napisanie. Nie dlatego, że są one skomplikowane. Przecież Crowbar nie konkuruje z Dream Theater. Chodzi o stosunkową prostotę środków, i maksymalną siłę wyrazu. Przecież właśnie tym jest muzyka Crowbar. Starsze numery, jak „Existence is Punishment” albo „All I Had (I Gave)” to pomniki frustracji i nihilizmu, ale w jakże ludzki sposób wyrażone…

Na „Sever the Wicked Hand” trzeba koniecznie wyróżnić wlekący się walec w postaci „Liquid Sky and Cold Black Earth”. Tak wolno Crowbar chyba jeszcze nie grał. Następnie „As I Become One”, w którym Kirk wymiata wokalami, a potem następuje coś, czego do tej pory u Crowbar nie było, czyli solówka. Prosta i w ślimaczym tempie, ale cieszy, jak nigdy. Dalej „I Only Deal in Truth” – hymn o wspaniałym, rzec można, klasycznym crowbarowym tempie i z zapadającą w pamięć melodią. Zamykający „Symbiosis” to ostateczne zapewnienie, że zespół nie skapcaniał i ma się jak najlepiej. Od pierwszego riffu wiadomo, że nie ma żartów, że nikt tu nie udaje. Klaustrofobiczny sludge’owy klimat, którego nikt nie potrafi podrobić. Jak tylko cichną ostatnie dźwięki, trudno powstrzymać się, aby nie odpalić albumu od początku. Zawartość tej płyty – rewelacja, okładka – pomyłka. Jak wspaniale, że nie na odwrót!

Adam Drzewucki 5