CRIPPLED BLACK PHOENIX – Great Escape (Season of Mist)

Jeszcze nie tak dawno wydawało się, że Crippled Black Phoenix przestanie istnieć. A przynajmniej tak zapowiadał lider grupy, Justin Greaves. Zespół się nie rozpadł, a wszelkie negatywne emocje miały mieć ujście w muzyce – tak też się stało. „Great Escape” to chyba najbardziej depresyjne dzieło tej ekipy. O nowej, melancholijnej odsłonie CBP rozmawiam z kolegą Adamem.

Paweł: Panie Adamie, zacznijmy tak: za co najbardziej lubisz Crippled Black Phoenix?

Adam: Jakiś czas temu ukułem tezę, może trochę dyskusyjną, że CBP są jedną z niewielu współczesnych grup, które garściami czerpią z proga, ale nie popadają w banał ani w przesadę. Lubię fakt, że są nudni w taki pozytywny sposób, tzn. zawsze grają to samo, operując kontrastem i schematami głośno-cicho, a jednak nie schodzą poniżej pewnego poziomu, dodatkowo… ocierając się momentami o prawdziwe piękno, coś raczej niedostępnego dla większości zespołów posługujących się podobnymi środkami wyrazu.

Paweł: A czy ta schematyczność nie bywa irytująca? Słucham tego nowego krążka i nie wiem co o nim myśleć. Jest bardzo przyjemny, w sumie wpada w ucho, ale… nic więcej. Nie mam parcia, aby do niego wracać, nie zachwycam się nim, nie zostały mi w głowie żadne dłuższe fragmenty. Tak jak na „Bronze” panowie pozytywnie zaskoczyli mnie powolnym odchodzeniem od dłużyzn i wplataniem stonera i hard rocka w tę ich mieszankę proga i post-rocka, tak teraz czuję mały niedosyt.CBP band

Adam: Może być irytująca. To chyba kwestia oczekiwań i tego, gdzie chciałoby się ten zespół widzieć. Ja nie liczę na żadne poważniejsze zmiany, w zasadzie to „Bronze” pokazało, że Greaves pewnie umiałby zrobić z CBP grupę stricte rockową, ale przy okazji zagubiłby gdzieś zespołową tożsamość. Tamta płyta miała jasne założenia i nawet gościnka wokalisty Greenleaf od razu podsuwała pewne okołostonerowe tropy. Styl, który wykuwali przez lata, jest – moim zdaniem – tym odpowiednim, mimo że skąpi zaskoczeń. Chłód, melancholia, post-rockowe plamy dźwięków, a przy tym całe wiadro emocji. A momenty są – czy to w podniosłym „To You I Give”, czy w mocno przypominającym PJ Harvey „Nebulas”.

Paweł: Wymieniłeś najlepsze numery na płycie – a „Nebulas” brzmi jak połączenie PJ Harvey z Chelsea Wolfe. Ale wracając do meritum – być może masz rację. Znajdą się pewnie też tacy, który stylistyczna mini-wolta na poprzednim krążku nie przypadła do gustu, a nowy album uznają za powrót na właściwe tory. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Trzeba jednak oddać Greavesowi i spółce, że świetnie budują atmosferę. To jest bardzo przygnębiające dzieło. Nie wiem czy to przez okładkę z zamglonym, szarym krajobrazem, czy przez zbliżającą się jesień, ale wydaje mi się, że to najbardziej melancholijna płyta CBP

Adam: Masz rację. Zarazem jednak dostrzegam tutaj pewną sprzeczność, bo – mimo że momenty są – mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że ta płyta nie ma jakiejś wielkiej „repeat value”, nie jest nagraniem, od którego nie sposób się oderwać. No i tak: jeżeli już wracam do „Great Escape”, to słucham jej raczej na wyrywki, nie w całości. Jednocześnie atmosfera, o której mówisz, jest specyficzna dla dłuższych dystansów, to znaczy kreowana jest przez zbiór piosenek, nie jedną czy dwie z nich. Bardzo możliwe, że mamy do czynienia z najbardziej melancholijnym krążkiem CBP, spójnym i zamglonym. To trzeba docenić. Nie wiem tylko, czy ta melancholia nie jest osiągnięta zbyt wielkim kosztem, zbyt wiele mantrycznych powtórzeń musiało zostać na siebie położonych, by stworzyły taki efekt. W rezultacie… trochę ten smutek przytłacza.

Paweł: A może taki był cel? Już przy okazji poprzedniej płyty Greaves wypowiadał się na temat swojej depresji, lęków i paranoi. Może poprzez tę przytłaczającą atmosferę chciał oddać swój stan ducha?CBP grafika

Adam: Bardzo możliwe, i to mu się udało. Rzecz w tym, że ze względu na całą tę melancholię i rozmycie tej płyty raczej nie da się – czy raczej nie powinno się – słuchać na wyrywki. O ile jeszcze takie nagrania, jak „I, Vigilante” czy „(Mankind) The Crafty Age” można było smakować po kawałku i nie odczuć żadnego braku, tak tutaj, z małymi wyjątkami, równie wyrazistych piosenek po prostu nie ma. Stąd cała nieprzystępność tej płyty. W tym aspekcie, mimo, że paleta barw pozostaje niezmienna, „Great Escape” dość mocno wyróżnia się na tle reszty dyskografii CBP.

Paweł: No właśnie – może to krążek, który musi „dojrzeć”? Może za parę miesięcy należy do niego powrócić i uda się odkryć jakąś magię? Chyba tak zrobię, bo czuję, że ten krążek ma w sobie coś, ale ja tego czegoś (jeszcze) nie słyszę.

Adam: Mam wrażenie, że jakiś rodzaj magii w nim siedzi. Pytanie, czy za parę miesięcy, w szale końcoworocznych podsumowań i list, znajdzie się miejsce na doszukiwanie się w „Great Escape” jakiegoś drugiego dna. Trochę dziwny przypadek, bo z jednej strony to niemal pewne, że przy którejś z kolei danej szansie ta płyta przeskakuje w świadomości odbiorcy z dobrej na bardzo dobrą, a jednak… jakoś nie kusi, by dawać te kolejne szanse. Może to przeczucie, że prawdziwego geniuszu jednak tam nie ma, a te namiastki, które są, już wyłapałem.

Rozmawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek