CORPSE GARDEN – IAO 269 (Gods ov War)

Wierzę w istotną rolę dobrej nazwy w sukcesie zespołu. Albo inaczej: w istotną rolę złej nazwy w braku tegoż sukcesu. Niby to muzyka wypełnia treścią jakiś tam zbitek słów i jeśli dźwięki są oszałamiające, to przebije się nawet Electric Wizard albo Iron Monkey. Zazwyczaj jednak bywa tak, że słaby szyld zwyczajnie zniechęca tak, jak zniechęcał mnie do Corpse Garden. Trudno sobie wyobrazić bardziej nijaką nazwę metalowego zespołu i gdyby nie operatywność wydawcy, nigdy bym się z ich muzyką nie zapoznał. Szkoda by było, straciłbym dużo dobra.

Co zatem gra zespół Corpse Garden? Na oko może być to defaultowy death metal a’la stary Dismember albo wąsato-brzuchaty heavy reaktywowany po 30 latach… Otóż nie. Corpse Garden grzmoci death metal, który jednak nie do końca mieści się w kategorii „techniczny”, mocno wystaje poza szufladkę „brutalny” i stoi kompletnie obok półki „progresywnej”. Najbliżej mu do późnych płyt Gorguts, trochę dalej do Necrophagist, Gigan, ale też Krallice, nie tylko ze względu na obecność Colina Marstona za konsoletą. Przy pierwszym odsłuchu „IAO 269” zagęszczenie pomysłów na centymetr taśmy aż dławi, bo to jednocześnie dzika i precyzyjna muzyka. Głównym napędem jest riffowe, brutalne deathmetalowe łupanie „na jeden” popychanie niskim growlem, które co i rusz rozprasza charakterystycznie „obok” grający bas bezprogowy, a to jakieś quasiindustrialne interludium, a to świetne psychodelizujące loty w drugiej części albumu. Świeżość tej płyty nie tkwi w odkrywczości rozumianej jako nowa jakość w death metalu. To raczej pomysłowa utylizacja klimatów z okolic Ulcerate, Blood Incantation, wspomnianego Krallice – kosmicznie, ale przy kotle ze smołą. Pięćset riffów na numer, ale przede wszystkim do przodu.Band

Być może jest tak, że Corpse Garden są lepszymi instrumentalistami niż kompozytorami. Pewnie nie do końca czują potrzebę odsiewu pomysłów w swoich numerach, ale to na dłuższą metę nie przeszkadza w odbiorze „IAO 269” nawet, jeśli album jako taki jest przydługi. To dobrze, że „szlifowanie skilli” podporządkowane jest klimatowi deathmetalowego szaleństwa, a Corpse Garden raczej nie przeistoczy się w prog-potwora. I choć ich pocieszna nazwa nadawałaby się do katalogu Morbid Noizz z drugiej połowy lat 90., to i tak liczę, że zespół wyjdzie poza swój wąski ogródek. „IAO 269” to bardzo wartościowy album, a czas na takie granie jest najlepszy od lat.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół