CONVERGE – The Dusk in Us (Epitaph/Sonic)

Nie sądzę, by w jakikolwiek sposób dało się przecenić dotychczasowy wkład Converge w rozwój muzyki ekstremalnej. „Jane Doe”, „No Heroes”, „You Fail Me”… Tak właściwie możemy wymieniać kolejne pozycje, aż dojdziemy do tegorocznego „The Dusk In Us” – albumu, który spokojnie można wpisać w panteon najważniejszych dokonań Amerykanów, nawet jeśli jego ekstremalność w większym już stopniu opiera się na doświadczeniu i wyrachowaniu niż na wyzwolonym szaleństwie. Czy to jednak sprawia, że Converge stał się mniej bezkompromisowy? To właśnie to pytanie – w głównej mierze – determinowało moją rozmowę z Grześkiem.

M.F.: „Jane Doe”, „You Fail Me” i „Axe To Fall” – chyba te trzy krążki są najczęściej wymieniane jako najlepsze w dyskografii Converge. Czy tegoroczny album ma szansę zmienić te hierarchię?

G.P.: Ma szansę dołączyć do nich i narobić niemałego zamieszania. Panowie nadal są motorem napędowym ekstremy, ale wychodzą poza gruz i znany od lat schemat. Inaczej rzecz ujmując, „The Dusk in Us” to album inny, momentami zaskakująco nośny, ale nadal cholernie ciężki. Ben Koller gra tutaj najlepsze rytmyC w karierze, a Bannon śpiewa… chyba lepiej niż w Wear Your Wounds.

M.F.: Widzisz, a ja jednak byłbym mimo wszystko ostrożniejszy. „The Dusk In Us” to świetna płyta, pokazująca, że Converge to nadal goście, którzy jeszcze się do syta nie najedli i którzy – mimo niewątpliwego statusu ikony sceny – wciąż mają wiele do powiedzenia na polu artystycznym. „Jane Doe” czy „You Fail Me” to były jednak płyty w pewnym sensie przełomowe – zarówno dla zespołu, jak i ogólnie dla muzyki ekstremalnej. Nie oznacza to wcale, że „The Dusk In Us” to płyta wyraźnie gorsza, o ile w ogóle gorsza. Może brakuje jej właśnie tego przebłysku, ale czy na tle ostatnich dokonań – „Axe To Fall” i „All We Love We Leave Behind” – wypada słabiej? Sądzę, że wręcz odwrotnie.

G.P.: Ja pójdę o krok dalej, bo uważam, że nowa to kontynuacja zwłaszcza „Axe To Fall”. Swoją drogą, to są same dobre płyty, na poziomie do którego niemal żaden europejski band, może poza Birds in Row, Loma Prieta i im podobnymi, nie miał nawet odwagi się zbliżyć i ugryźć tematu na nowo. Jest coś jeszcze – Bannon prowadząc Deathwish i nagrywając kolejne płyty z Converge, sam ukręcił na zespół bat. Kolejne zespoły, które wydaje, poruszają się po dość zbliżonej orbicie, a brzmieniowo to już nie kopie. Całe zastępy adeptów Kurta Ballou chcą być jak oni. I za czasów „Jane Doe”, jak i teraz. Wystawiłbym im pomnik, ale hardcore’owcom ponoć nie wolno.

M.F.: I to właśnie pokazuje olbrzymi wpływ, jaki Converge wywarł na całą współczesną scenę ekstremalną. Zamiast jednak rozwodzić się nad oczywistościami, skupmy się nad albumem. W czym upatrywałbyś jego największą zaletę i ewentualną przewagę nad pozostałą dyskografią?

G.P.: W luzie. W większej dawce melodii niż dotychczas i spuszczeniu z tonu, kosztem zmiany układanki. To nadal cholernie brutalna muzyka, ale o znacznie szerszym polu rażenia, które powinno dotrzeć zarówno do kuców, co do dzieciaków, zakochanych w metalcorze. Czyste wokale, zmiany nastrojów i refreny (tak?!) to coś, czego się po tym zespole nie spodziewałem, a co chłoszcze moje małżowiny uszne, a serce krwawi (choć z miłości). Są dla mnie równie ważni, co Despised Icon w odniesieniu do nowoczesnego death metalu. Klasa.

M.F.: Dokładnie. Jak zwykle, chłopaki sypią pomysłami niczym z rękawa, lawirując z niezwykłym odczuciem od melodyjnych refrenów (i nie tylko) po bardzo brutalne partie. Warto przy tym zauważyć, że Converge mimo wszystko złagodniał, nie ma już tyle zwierzęcej wściekłości i szaleńczej agresji, co wcześniej. Teraz to zespół dojrzalszy, bardziej wyważony, bazujący nie tyle na chaotycznej dźwiękowej masakrze, co na wyrachowaniu. Zamiast tysiąca ciosów, Converge zadaje ich mniej, lecz w odpowiednim momencie. Mimo wszystko, troszeczkę mi jednak brakuje tej totalnej ofensywy.Converge MegaImage_wASaofs

G.P.: Ale to nadal matematyka. Dzieje się na tyle dużo, zwłaszcza w sekcji rytmicznej, że trudno czasem nadążyć za tymi kanonadami. Nie ma tego efektu wow i wykurwu z butów jak np. na „No Heroes”, ale to wciąż perfekcyjna maszyna do zabijania.

M.F.: Fajnie, że wspominasz o „No Heroes”, bo to chyba moja ulubiona płyta Converge. Jest totalnie nieobliczalna, dzika i cholernie intensywna – czyli ma podkreślone te cechy, które na „The Dusk In Us” nie są aż tak wyraźne. Z drugiej strony, najnowszy album Amerykanów wydaje się być bardzo osobisty, momentami cholernie przybijający. Zresztą, taką tendencję, że Converge zmierza w tę stronę, zauważam już od pewnego czasu. Może po prostu młodzieńczy gniew zastępują starczym wkurwieniem?

G.P.: „No Heroes” to także mój ulubiony album. Czyste zezwierzęcenie. Oni po prostu są teraz lepsi, bardziej precyzyjni. Doświadczenie – nie muszą się z nikim ścigać. Od tego jest np. Mutoid Man.

Nad nowym albumem Converge pochylali się Michał Fryga i Grzegorz Pindor