CONJURER – Mire (Holy Roar Records)

Niby mówi się, że wszystko zostało już wymyślone i nagrane, ale jednak – czy betonowe głowy tego chcą, czy nie – metal się zmienia, ewoluuje i przepoczwarza. Nie mnie osądzać, czy to zmiany na lepsze, ale właśnie zespoły takie, jak Conjurer, dają nadzieję, że jednak wszystko idzie w dobrą stronę. Co prawda Brytyjczycy nie odkrywają nowych lądów ani nie redefiniują tego, co już znamy, ale ich nowoczesne, bezkompromisowe podejście powinno być cennym drogowskazem, w którą stronę powinien podążać nieco już wymęczony post-metal – niegdyś, co prawda dość krótko, uważany za prężny i wartościowy styl, od jakiegoś czasu kojarzony głównie ze stagnacją i nudą. „Mire” pokazuje jednak, że każdą stagnację da się przełamać. 

Chciałoby się powiedzieć, że „Mire” to kolejna płyta łącząca sludge z black metalem, jednak sposób, w jaki Conjurer podchodzi do sprawy już tak oczywisty nie jest. Debiutancki album Brytyjczyków to przede wszystkim muzyka bardzo nowoczesna, pełnymi garściami czerpiąca nie tylko z (post)hardcore’a, ale wręcz metalcore’a („Thankless”). Trudno również jednoznacznie określić, w którą stronę przesunięta jest równowaga – raz chłopaki ewidentnie kierują się w stronę stonowanego, ale jednak black metalowego chłodu, kiedy indziej natomiast orient skierowany jest przede wszystkim na łamiące kości walce. Jeśli dorzucimy do tego częste riffowanie a’la Kurt Ballou w Converge, cóż… Robi się intensywnie i jest to zdecydowanie pożądana intensywność. Słychać, że chłopaki trzymają rękę na pulsie i wiedzą, co aktualnie w ciężkiej muzyce jest na topie. Być może to zwykłe wyrachowanie, ale odnoszę wrażenie, że wychodzi im to bardzo naturalnie, co potwierdzają przede wszystkim dobre, bardzo przemyślane kompozycje – mam tutaj na myśli zwłaszcza „Hollow”, „Thankless” (za sprawą melodyjnego refrenu i nieco djentowego riffowania jest to najbardziej chwytliwy utwór na płycie) czy „The Mire”. Co ważne, Conjurer nie przynudza i nie rozwleka swoich kompozycji w nieskończoność, co jest częstą bolączką wielu post-metalowych grup. Co więcej, zazwyczaj zespół od razu przechodzi do konkretu, mocno wchodząc w utwór i nie bawiąc się w mozolne, nierzadko przecież nieco nudne budowanie klimatu.Conjurer_063

Jedyne, co na „Mire” może odrobinę odrzucać, to właśnie wspomniana wcześniej nowoczesność. Przyznam, że jest to album raczej dla ludzi obytych z zespołami pokroju Altar of Plagues czy Harakiri for the Sky niż lubujących się w surowym bleczysku. Odniosłem też wrażenie, że owszem, debiut Conjurer to niezwykle profesjonalna robota, ale też jakby odrobinę bezpieczna i mimo czerpania z wielu odmian ciężkiej muzyki, nieco zamknięta w pewnej konwencji. Co prawda chłopaki wyciskają z niej esencję, niemniej tak naprawdę nawet nie tyle nie potrafią zaskoczyć, co trudno im słuchaczem wstrząsnąć. Nie zmienia to jednak faktu, że „Mire” rysuje mi się jako jedna z bardziej interesujących tegorocznych post-metalowych płyt. Myślę, że dla organizatorów Roadburn Conjurer to wręcz idealny kandydat do line-upu przyszłorocznej edycji.

Michał Fryga

Cztery