CONFRONTATIONAL – The Burning Dawn

Chyba wszyscy lubimy czasem posłuchać oczywistych opowieści, które prowadzą do oczywistych wniosków i nawiązań. Lubimy spinać kilkadziesiąt lat historii jedną, małą słowną klamrą. Lubimy kontynuatorów, strażników spuścizny, prawowitych następców. Ja lubię, bo to ciekawe – obserwować, jak te same pomysły rezonują w różnych czasach i kontekstach. Mimo wszystko, jeszcze ciekawsi są twórcy, którzy robią tradycji wbrew. Może wynika to z przekory? Ciężko powiedzieć. Fakty są jednak takie, że chociaż artysta stojący za Confrontational oczywiste inspiracje miał wręcz podstawione pod nos, popatrzył gdzieś dalej – ponad wodą, aż za ocean – i właśnie po amerykańsku straszy.

A mógł nie wychodzić poza ojczyznę, mógł zakopać się w filmowych score’ach geniuszów pokroju Bruno Nicolai, Morricone czy Goblin, a inspiracji nie zabrakłoby mu nigdy. I nie mam nawet na myśli różnicy w używanych środkach i kontrastowego zestawienia: gitara – elektronika, bo przecież w pewnym momencie (na wysokości „Tenebrae”) także Goblin postanowili pójść z duchem czasów i stworzyli soundtrack oparty na syntezatorach, chłodny i niemal post – punkowy. Chodzi mi o jakiś śródziemnomorski pierwiastek, jaki wszyscy ci włoscy twórcy, mimowolnie, czy nie, na różnorakie sposoby uzyskiwali. O pozorny spokój, który wcale nie zwiastuje najgorszego. Sposób, w jaki straszy Confrontational, jest dlatego amerykański, bo bardziej bezpośredni. Mniej tu grania na kontrastach, a więcej… cóż, więcej takiego trzymania za gardło bez ani momentu wytchnienia. I to też ma, rzecz jasna, swój urok.

Nawet, jeżeli sama atmosfera jest tutaj niezmiennie gęsta, „The Burning Dawn” nie należy wcale do płyt jednowymiarowych. Wręcz przeciwnie – poczynając od podniosłego intro, które przeradza się zresztą w zupełnie przebojową piosenkę, ta LP zaskakuje raz za razem. Poszczególnym kompozycjom kolorów nadają kolejni goście, wprowadzając na album inne punkty widzenia i inne wrażliwości. Pojawia się element zaskoczenia, bo nie spodziewałem się ani eteryczności, jaką szafuje kobiecy wokal w „Fade Into The Burning Dawn”, ani klaustrofobicznej solówki w „Queen Of Vengeance”. Niekwestionowana wisienka na torcie to natomiast udział w tworzeniu tej płyty Cody’ego Carpentera, syna TEGO Carpentera. Panowie współpracowali ze sobą także na wcześniejszych krążkach Confrontational, tutaj jednak związek ten przeradza się w symbiozę, a jego owoce prezentują się naprawdę intrygująco – każda z trzech „wspólnych” piosenek to rzecz nieprzeciętna. Obecność Carpentera jest niby zaledwie smaczkiem, ale jakże przemawiającym do wyobraźni: jeżeli bowiem uczyć się, to najlepiej u samych źródeł…C

Wspomniałem wcześniej o klaustrofobicznej solówce, ale to nie jest w skali płyty wyjątek – zaskakująco wiele na „The Burning Dawn” takiej gotyckiej atmosfery, coś jak Sisters Of Mercy z debiutu. Jest trochę klimatu starego heavy i nieco tej intensywności, jaką uwiódł metalową publiczność Perturbator. Zaskakująco wiele gitary. Mimo wszystko, jest ona wplatana w całość na tyle umiejętnie, że nie ma mowy o jakimkolwiek zgrzycie. Usai dokonał rzeczy wielkiej, bo można postrzegać tę płytę jako – po prostu – zbiór dobrych piosenek, ale można też widzieć w niej potencjalną ścieżkę dźwiękową jakiegoś B – klasowego horroru. I nie chodzi o potencjał ani o to, co mogłoby być: prawda jest taka, że w którymkolwiek z kontekstów byśmy „The Burning Dawn” nie umiejscowili, absolutnie niczego jej nie brakuje. Bezbolesna synteza tych dwóch światów to coś, czego nie sposób zlekceważyć. Jeżeli zaś filmowa otoczka niespecjalnie kogoś przekonuje, proponuję posłuchać „You Still Kill”. Co za przebój!

Adam Gościniak

Pięć