COMADRE – Comadre (Cosmic Note)

Może to dziwnie zabrzmi, ale nowy album  Comadre wcale nie odstaje swoim vibe od tego, co robi taki Kvelertak. Wiem, że obie formacje są raczej z innej kategorii wagowej jak i stylistycznej, ale nie moja wina, że to, co proponuje Comadre w 2013 roku, jest niebezpiecznie zbliżone do tego, co robią Norwegowie. Może nie walą w pysk tak mocno, nie posiłkują się black metalem, ale punk’n’rollowy duch unosi się w powietrzu!

W ogóle, to imprezowy potencjał nowych nagrań ulubieńców Fluff Festivalowej publiczności przerósł moje oczekiwania, a jako, że wcześniej grali ciężej i znacznie bardziej chaotycznie, „Comadre” to duża zmiana i ogromne, pozytywne zaskoczenie. Panowie wiedzą, jak zagrać dobry, łatwo zapamiętywany riff („Color Blind”) jak i zbudować napięcie („Storyteller”) czy wreszcie, przywalić solidną, skoczną lutą w średnio-szybkim tempie („Binge”). Ale to, co najciekawsze, słyszymy dopiero w czterech ostatnich kompozycjach, napędzanych smutkiem i whisky.

Obawiam się, że gdyby ten band nie miał frontmana, który dosłownie zdziera swoje gardło, Comadre ze swoim kolejnym albumem wylądowali by w NME albo w jakimś hipsterskim magazynie, który wciąż promuje indie. Piękni z wyglądu to oni nie są, ale muzycznie, te piosenki mogą trafić do naprawdę zróżnicowanego audytorium. Rozwój na plus, a wierność scenie i ideałom pozostała nienaruszona. Wspaniale.
 
Grzegorz „Chain” Pindor

Pięć