CODE ORANGE – Forever (Roadrunner Records)

Co z Trv Metalem?” – pytał w swoich jutjubowych filmach twórca power metalowego Kelthuzzar. Co prawda, nie zgłębiał w nich natury metalu utożsamianego w świecie muzyki z ucieleśnieniem buntu. Jeśli ktoś jeszcze pamięta twórczość Kela, zapewne wie, iż w tej serii odcinków po prostu gloryfikowano klasyczne odmiany łomotu. Od dostojeństwa heavy, przez wezbrane morza speedu i thrashowy pęd, a – co najważniejsze – na samym szczycie lokując power metal. Kelthuzz zabił mi ćwieka tym pytaniem. Nie będę go oczywiście rozpatrywać w kategoriach “najszlachetniejszych” dźwięków stworzonych w historii tej muzyki. Chociaż może będę… Co dzisiaj jest trv metalem? Fala gruzu, czy galopada na dwóch akordach? Jadowity skrzek, czy riffy na pustych strunach? A może miks z hardcore?

Nie da się ukryć, że nieślubny związek metalu z muzyką hardcore był chyba najlepszym, co mogło się mu przydarzyć. Skutki tego mariażu widzimy na scenie po dziś dzień. Metalowcy byli zapatrzeni w punkową dzicz, zaś ci drudzy wzięli z metalu agresję i ciężar. Tę specyficzną mieszankę przez lata nazywano różnie. Crossover, metalpunk, metalcore… Kiedyś za  jej prekursorów uważano Suicidal Tendencies, Exploited, Madball czy Discharge. Współcześnie, młodzi nie zamierzają spijać słodkiej śmietanki z pucharu mistrzów, a Code Orange jest dobrym tego przykładem. Nie wiem, co sądzić o omawianych dziś podopiecznych Roadrunner. Daleko im do crossoverowej zabawy formą, na metalcore są zbyt intensywni, a od math-core’a odstają poziomem skomplikowania, ponieważ grają raczej prosto. Nie znaczy to jednak, że muzyka Code Orange jest możliwa do słuchania przy każdej okazji. “Forever” to oficjalny manifest odmienności kwartetu od reszty sceny, a cechy formacji mogą przysporzyć jej coraz większej ilości wielbicieli. Nie zmienia to jednak faktu, że ciężkie boje toczyłem z “Forever”. To strasznie dziwna muzyka. Teoretycznie, panowie robią wszystko wedle klasycznych przepisów na łupankę. Są więc i kruszące riffy, gdzieś w oddali swoje robi tona gruzu rzężąca wręcz z głośników. Nie myślcie jednak, że gruz równoznaczny tutaj będzie z budżetowymi brakami tudzież obojętnym podejściem do materii produkcji. “Forever” – mimo niezaprzeczalnego ładunku energii – to płyta przemyślana w każdym calu. Każdy dźwięk ma swoje miejsce w szeregu. Nierozsądnym byłoby pominięcie żywo tętniących, industrialnych wpływów, nadających krążkowi miano jeszcze dobitniejszego, lecz wypranego z wszelkich emocji. Soczystej serii ciosów próżno tutaj szukać; na drugim albumie Code Orange króluje podstęp i wyrachowanie. Kapela  dobrze wie, co zawrzeć w swoim dźwiękowym entourage’u, by przyciągnąć słuchacza. Oznacza to przede wszystkim siłę zaskoczenia i niedopowiedzeń. Gdy człowiek jest zdolny wyobrazić sobie dwuminutowy strzał, oni zagęszczą tempo wlokącym się riffem. Kiedy teoretycznie utwór wchodzi w najlepszą fazę i czeka się na więcej… nagle przechodzi w następny.

corrlar.jpg

Code Orange niedługo wyruszają na trasę z Gojirą. Czy po niej mogą znaleźć się w przedsionkach mainstreamu? A może już zdążyli go posmakować z racji przynależności do Roadrunner? Życzę tego grupie z całego serca, bo płyt takich, jak “Forever” nie nagrywa się codziennie.

Łukasz Brzozowski 

Pięć