COCAINE PISS – The Dancer (Hypertension Records)

Niech nikogo nie zwiedzie pstrokata okładka i tytuł. Pstrokacizna to punkowa a taniec, owszem, ale pod sceną i z rozbitą głową. Pierwszy długograj belgijskiej załogi pokazuje, że punka można grać tak, by nie zamęczyć słuchacza a raczej zaintrygować. Cocaine Piss już od jakiegoś czasu dawał o sobie znać, ale dopiero duży materiał, zarejestrowany w Chicago pod okiem samego Steve’a Albiniego przynosi prawdziwe, hałaśliwe hity, które pokazują, że zespół uważnie przyglądał się temu co jest, ale i było na brudnej ulicy.

Na początek kilka słów wyjaśnienia – już od pierwszych taktów morda się cieszy, bo za mikrofonem stoi zadziorna niewiasta. Bardzo mi się podoba sposób realizowania odgłosów paszczowych przez Aurelie. Zazwyczaj panie w męskim świecie zmuszane są przez kontekst by udowodnić, że mają więcej testosteronu od samców. I wychodzą z tego karykatury w postaci growlujących kobiet, co jest równie nienaturalne jak panie grające w „nogę”. A tu Aurelie drze się, owszem, ale naturalnym głosem, przez co brzmi jak faktycznie wkurwiona laska, w mało przyzwoity sposób przekazująca chłopakowi, że rzucanie brudnych gaci obok kosza nie jest najlepszym pomysłem. Wprawdzie w notce prasowej pojawia się – czy mnie to dziwi? – doniesienie do Savages, ale z tym zespołem (a w zasadzie z Jehnny) Aurelie łączy co najwyżej ulizana fryzura (przynajmniej na poniższym zdjęciu…). No i może ekspresja sceniczna, ale to tylko domysły.CP-04-PROMO-WEB

Muzycznie zespół prezentuje wygar, który z jednej strony opiera się o klasyczny punk, ale przy dokładniejszym rozbiorze, okazuje się, że owe zazwyczaj szybkie, motoryczne petardy, gdzieś w tle pobrzękują niekoniecznie… punkiem. Jeśli miałbym się pokusić o jakieś bezsensowne porównanie, to płyta brzmi niczym dokonanie zespołu Silverfish, który postanowił zrezygnować z grania noise i zrealizować prawdziwą, punk/hardcore’ową produkcję. Podobne jest eksponowanie instrumentów, podobna zadziorność i wściekłość z jaką są szarpane. Gdzieś w tle nadal pobrzmiewa noise, który muzyce Cocaine Piss dodaje jakiegoś lubieżnego posmaku. Fizyczność tej muzyki zniewala, naturalny, nieoszlifowany pęd wciąga, tym bardziej, że zespół – podobnie jak opisywany gdzieś obok GF – nie przesadza z długościami i skupia się na konkrecie, bez zawiłych, aranżacyjnych zabaw. Prosty cios nie oznacza jednak prostactwa. Cocaine Piss grać potrafią i to bardzo dobrze, są bezczelni, mają naturalny zmysł do tworzenia krótkich, hałaśliwych perełek, które Albini z wrodzoną sobie nonszalancją tylko delikatnie podszlifował, tak, żeby nie straciły nic ze swojej szorstkości. Doskonała płyta.

Arek Lerch

Pięć