CIRCLE – Terminal (Southern Lord)

Mroczny, zimny las gdzieś na północy Finlandii. Kosmos. Ponury i deszczowy Londyn. Detroit w latach 60. We wszystkie te miejsca przenosimy się słuchając nowego krążka gigantów fińskiej alternatywy – Circle. „Terminal” to ich… 33 krążek.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że w Finlandii są dwa rodzaje zespołów: takie, wiecie, „szatan, metal i piekło” to te, które powstały w zimę, kiedy słońce pojawia się na 3-4 godziny i jest generalnie smutno oraz ponuro, bo przez pozostałe 20 godzin jest ciemno. Ciemno jak w lesie. Druga grupa to wszystkie te odjazdowo-psychodeliczne projekty, które powstały latem, kiedy słońce nie zachodzi wcale. Jakim zespołem jest zatem Circle? Prawdę mówiąc – mieszanką dwóch powyższych. Dobrze oddaje to już pierwszy kawałek, „Rakkauta Al Dente”, w którym motorycznemu, transowemu riffowi towarzyszy krzyczany wokal – można wręcz odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z kolejnym zespołem grającym psychodeliczny metal w stylu Hail Spirit Noir czy Oranssi Pazuzu. Circle jedną nogą stoi w piekle; drugą – w krainie grzybów. Trans, który proponują Finowie jest bardzo nachalny, agresywny wręcz – dobry przykład to kawałek tytułowy. Nie ma na „Terminal” ładnych momentów – melodie to dla Circle sprawa drugorzędna, nawet w refrenach, a groove jest raczej jednostajny. Dlatego też krążek jest raczej trudny w odbiorze, aczkolwiek można wyłapać tu dużo smaczków i nawiązań – myślę, że fani The Stooges („Kill City”!) czy Monster Magnet nie będą zawiedzeni. W ogóle wydaje mi się, że „Terminal” brzmi jak obdarte z przebojowości Monster Magnet. W dużym uproszczeniu, oczywiście.Band

Ustaliliśmy już, że nie ma ten krążek żadnych fragmentów, do których chciałoby się wracać – wpadających w ucho melodii, sążnistych riffów czy uroczych gitarowych zagrywek. Ale mimo tego, jest w tej hipnotyzującej wycieczce po fińskich lasach coś uzależniającego. Może właśnie to, że jest to album na swój sposób ascetyczny, bo muzycy odrzucili wszystko, co by go nadmiernie upiększało, czy też wyróżniało; poza tym fajnie jest trafić na album, którego TRZEBA wysłuchać w całości, od deski do deski. Słuchanie, dajmy na to, utworu tytułowego bez kontekstu pozostałych numerów i bez odpowiedniego nastawienia wydaje się być totalnym nonsensem. Dopiero po 13-minutowej rozgrzewce w postaci otwierającego płytę „Rakkauta Al Dente” będziemy przygotowani na to, co nas spotka. Po prostu: należy się trochę postarać, żeby zajarzyć klimat tego krążka. A postarać, znaczy wysłuchać w spokoju, skupiając się na muzyce.

Paweł Drabarek

Cztery i pół