CHRYSTA BELL – This Train (XL/Sonic)

Przy okazji tej dość niezwykłej płyty pojawia się tylko jedno, ale dość zasadnicze pytanie – czy poznalibyśmy Chrystę Bell, gdyby obok niej nie kręcił się sam David Lynch? Niezwykły reżyser, min. niezapomnianego Twin Peaks, tym razem występuje w roli producenta płyty (i współkompozytora), jednak w zasadzie można stwierdzić, że całą muzykę sam wymyślił i zbudował. Efekt jest taki, że już po pierwszych dźwiękach lądujemy gdzieś w Teksasie i czujemy na sobie ukradkowe spojrzenia dziwnych ludzi. Boję się, że po kolejnym seansie z „This Train” przyśni mi się Laura Palmer…

W sumie sama Chrysta Bell pełni tu rolę, chciałoby się powiedzieć, drugorzędną. Modelka, wokalistka i performerka, raczej efemeryda niż osoba wielce zasłużona, choć całkiem aktywna (gościła nawet w Polsce). Co nie zmienia faktu, że Lyncha zafascynowała (zresztą – spójrzcie na foty…) i jakiś czas temu pojawił się pomysł na płytę. Nie chcę w tym miejscu dywagować, jaki był podział prac, choć sądzę, że Chrysta stała się po prostu twarzą i głosem przedsięwzięcia, z które w dużej mierze odpowiada Lynch. Jaki jest efekt? Intrygujący.

Ta płyta to przede wszystkim głos pani Bell. Głęboki i zmysłowy, w którym czuć jakąś tęsknotę. Jeśli lubicie trip-hopowe wycieczki Portishead, złapiecie szybko ten klimat. Głos został oprawiony w muzykę bardzo ascetyczną, elektroniczne bity, smugi samplerów i kilka akustycznych brzmień. Bardzo analogowa produkcja od razu zdradza fascynację dawnym sposobem nagrywania, przez co, w zestawieniu z samą muzyką, daje lekki retro efekt. Same kompozycje… Cóż, nie powiem, że to jakiś przebłysk oryginalności, jednak potrafią wciągnąć. Czym? Tajemnicą, jaka słyszalna jest od pierwszych taktów. Senna, upiorna niemalże atmosfera nie odpuszcza i bardzo szybko wpadniemy w dziwaczną przestrzeń, gdzie rządzi przede wszystkim klimat. A ten potrafi być bardzo pikantny i minimalistyczny („I Die”), czasem nieco mocniejszy rytmem („Swing With Me” – idealny tytuł dla tego nagrania). Zbliża się do dream popowej maniery („Angel Star”) i zatapia się w stary brzmieniach (warto wychwycić partie organowe w „Down By Babylon”), co nasuwa skojarzenia z tymi spokojniejszymi nagraniami The Bad Seeds. Usłyszymy też nieco bluesa („Real Love”) a wszystko skąpane jest w całej masie pogłosów, które nieodmiennie nasuwają na myśl shoegaze’owe smęciarstwo. Co z tego wynika? Może to, że Lynch jest równie intrygującym kompozytorem co reżyserem? W zasadzie trudno nie traktować tej płyty, jak soundtracku do nieistniejącego filmu. Jednocześnie konstatuję ze zdumieniem, że nie ma mowy o blamażu. Współpraca Chrysty i Lyncha finalizuje się w piosenkach aranżowanych ze smakiem, zdyscyplinowanych, bez jakiejkolwiek wpadki. Jasne, nie ma tu żadnej dynamiki, łatwiej przy płycie zasnąć niż machać głową, ale pewnie o taki efekt chodziło. Płyta prowadzi nas do magicznego, nieco zapomnianego świata, gdzie rządziły rzeczy typu This Mortal Coil, Cocteau Twins i te bardziej natchnione, trip-hopowe wynalazki. Nie ma pośpiechu, jest zaduma i tajemnica. Chrysta_Bell_David_Lynch2

Dla formalności, warto zauważyć, że David Lynch udzielał się na płycie jako gitarzysta a także perkusista, zaś do kompaniji dobrali sobie Rona Enga, Deana Hurley’a oraz Johna Neffa. Zastanawiałem się, jak najlepiej spuentować krążek i przychodzi mi namyśl jedynie słowo, które może wydawać się nieco wyświechtane, ale idealne w tym kontekście – magia. „This Train”, nawet jeśli świata nie zawojuje (co jest pewne…), przez kilka chwil może nas zaczarować.

Arek Lerch

Cztery i pół