CHICKN – Wowsers!

Podobno „pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze”, definicja dziennikarzy piszących o rocku to „ludzie, którzy nie potrafią pisać, przeprowadzają wywiady z ludźmi, którzy nie potrafią myśleć, w celu pisania artykułów dla ludzi, którzy nie potrafią czytać”, „bez muzyki, która go ozdabia, czas jest tylko nudną produkcją terminów i dat, za które trzeba płacić rachunki”, oraz „informacja nie jest wiedzą, wiedza nie jest mądrością, mądrość nie jest prawdą, prawda nie jest pięknem, piękno nie jest miłością, miłość nie jest muzyką. Muzyka jest najlepsza”. Trudno się nie zgodzić. Ale oprócz kilku fajnych cytatów (był jeszcze taki o ludziach, którzy dobrej muzyki nie poznaliby nawet gdyby podeszła do nich na ulicy i kopnęła ich w dupę) Frank Zappa wyprodukował też trochę całkiem znośnej muzyki. O dziwo, retro rockowcy rzadko w stronę wuja Franka spoglądają, o pewnym takim kapitanie również nie chcą pamiętać, tak jakby poza Led Zeppelin i Black Sabbath świata nie było.

Oczywiście, nie można wszystkich kapel wrzucać do jednego wora z Orchid czy Greta Van Fleet. Chickn sięga nie tylko po zwariowanego, psychodelicznego rock’n’rolla w stylu Franka Zappy czy Captaina Beefhearta, ale też po mniej znane, psych rockowe kapele z końca lat 60. Jest tu wszystko, czego od takiego krążka można oczekiwać – kompozycje są proste, z krótkimi odlotami w niektórych miejscach, melodie wpadają w ucho, a wszystko to w kwaśnych oparach absurdu. Ich muzyka nasuwa skojarzenia z portugalskim Sunflowers, francuskim Cheap Wine czy greckim Holy Monitor, ale od tych pierwszych jest bardziej konwencjonalny i piosenkowy, od Cheap Wine bardziej stonowany, a w porównaniu do Holy Motors bardziej osadzony w latach 60. Dużym atutem „Wowsers!” jest nienachlana chwytliwość, połączona ze sporą różnorodnością – od Captaina Beefhearta Grecy bez problemu przechodzą do country w „Egg Of Love”, czy ballady trochę w stylu Simon & Garfunkel („Clouds Over Athens”).band

Porównując nowy krążek z poprzednim, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że muzycy dojrzeli. Są bardziej pewni kierunku, w którym podążają. Na debiutanckim „Chickn” więcej było jamów i improwizacji, które jednak do niczego nie prowadziły, skutkiem czego płyta była zbyt długa i na siłę rozwleczona. „Wowsers!” jest bardziej skondensowana, nie ma tu zapychaczy, a wszystko łączy się w spójną całość. Czy ta płyta może odnieść sukces? Nie. Nie jest to Blues Pills czy inny Lucifer, sama muzyka nie jest przesadnie modna; jest ciekawa i nawet całkiem oryginalna, ale występ jako support przed Ty Segall’em, czy jakaś krótka europejska trasa to dla Greków i tak sporo. Są w niszy, i w niszy pozostaną, niemniej jednak z przyjemnością do tej ich niszowej twórczości za jakiś czas wrócę.

Paweł Drabarek

Cztery i pół