CHELSEA WOLFE – Hiss Spun (Sargent House)

Chelsea Wolfe przeszła fascynującą drogę od zagubionej dziewczyny z gitarą akustyczną, którą niewielu pamięta z „Mistake In Parting”, przez opętaną demonami czarownicę z „The Grime and the Glow” i „Apokalypsis” aż po mroczną divę, którą jest teraz, a przynajmniej którą na pewno była na „Abyss”. Tegoroczna „Hiss Spun” sprawia wrażenie pewnego kroku wstecz – nie dlatego, że jest od swojej poprzedniczki gorsza, lecz dlatego, że to album bardziej bezpośredni i piosenkowy, żeby nie powiedzieć przebojowy. Sama Chelsea zaś, choć wciąż nie ustaje w próbach pogodzenia hipsterów i kuców, akceptacji szuka chyba coraz bardziej w drugiej grupie. I – jak sądzę – to właśnie tam może bardziej na nią liczyć.

Słuchając „Hiss Spun” można odnieść wrażenie, że to materiał wcześniejszy od „Abyss”, stanowiący niejako pomost pomiędzy dusznym i przydymionym brzmieniem poprzedniego albumu a naznaczoną już pewnymi ciągotami w tę stronę „Pain Is Beauty”. Brak tutaj tego transu i konceptualnego podejścia, jakie znamy z poprzedniej płyty, ale tegoroczny album nadrabia tę wadę zdecydowaną przebojowością. Nie narzekam także na pewne wyraźniejsze nawiązania do czasów „The Grime and the Glow” czy „Apokalypsis”, gdy Chelsea dopiero rozpoczynała poszukiwania własnego brzmienia. Te najsilniej naznaczone są w delikatniejszych fragmentach, jak w pięknej zwrotce „Twin Fawn”, początku „The Culling” czy w zamykającym „Scrape”. Jeszcze chętniej artystka sięga po wyraźnie rockowe gitary, dzięki którym jej nowe utwory brzmią nierzadko bardzo chwytliwie i… czadersko. Na szczęście, udało się jej przy tym zachować typowy dla siebie mrok i pełną niepokoju atmosferę, którą – jak zwykle – buduje głównie za pomocą swojego charakterystycznego głosu. Świetnie wypadają refreny „16 Psyche”, „The Culling”, „Static Hum”, zaś piski w końcówce „Scrape”… Postawiły mi się ostatnie cztery włosy na głowie.CW-by-Bill-Crisafi

Nie powiedziałbym jednak, że „Hiss Spun” to album zaskakujący. Nawet jeśli Chelsea coraz wyraźniej wędruje ku bezpośrednim, ciężkim gitarom, symptomy tego kierunku przejawia od co najmniej trzech płyt. Jedyne, czego możemy żałować, to odejścia od mrocznego koszmaru „Abyss”, co prawda koniecznego ze względu na koncept płyty, jednak stanowiącego przy tym olbrzymią jej wartość. Teraz artystce znów udziela się piosenkowość. Nie chcę rozstrzygać czy to dobrze, czy źle – najważniejsze, że niezłe są same piosenki. Chwytliwe, ale bez żenady i banału, zachowujące najważniejsze cechy wypracowanego (myślę, że można już tak mówić) stylu, a przy tym też ukazujące Chelsea jako twórcę, który nie nagrywa dwa razy takiego samego albumu. No to chyba klasa, nie?

Michał Fryga

Cztery i pół