CELLAR DARLING – This Is The Sound (Nuclear Blast)

„This Is The Sound” dobrym krążkiem jest. Smakuje tym lepiej, że pojawił się jakby znikąd, bez pompowania balonika ani przesadzonych oczekiwań. Dzieło spłodziła trójka muzyków, którzy odeszli zeszłego lata z szeregów szwajcarskiego Eluveitie. Dobrze zrobili. Folkowe gwiazdy przetrawią jakoś tę stratę i wciąż cieszyć będą swoich sympatyków (Grzesiek…), a za sprawą buntowniczego trio świat bogatszy jest o całkiem niezłą płytę.

G: Uszanowanie, panie Adamie, dawnośmy nie gadali, a okazja przednia, bo debiut Cellar Darling to jedna z małych sensacji tego roku. Po nieoczekiwanych roszadach w składzie szwajcarskiego Eluveitie, troje z dość prominentnych postaci tworzących ów hord odeszło, tłumacząc się – jak zwykle – różnicami w wizji zespołu. Cóż, jeśli pracuje się z kimś takim, jak Chrigel Glanzmann, to prędzej, czy później bańka musiała pęknąć. Jak się okazuje, wyszło to wszystkim na dobre.Cellar D Zgadasz się?

A: Czy wszystkim, to się okaże, bowiem premiera nowego Eluveitie dopiero przed nami (swoją drogą, raczej niewiele ona zmieni w moim postrzeganiu tego zespołu… Nie załapałem się na cały ten folkowy hype.) Wracając jednak do bohaterów tej opowieści – fakt, że album zjawia się dość nieoczekiwanie i bez wielkich zapowiedzi, lecz bardzo miło zaskakuje. Swoją drogą, co masz na myśli, mówiąc tak o Chrigelu? Straszny z niego despota?

G: Owszem, jego dominująca osobowość doprowadziła do rozpadu i krótkiego zawieszenia działalności. Nowa płyta powinna być smakowitym krążkiem, tym bardziej, że to kolejna część akustycznego tryptyku. Jeśli nie słyszałeś „Evocation: Arcane Dominion”, to masz co nadrabiać. Co do folku, Eluveitie już od genialnej „Slania” to zespół melodic death metalowy; reszta to przyjemne dodatki. Nie ma tu mowy o cepelii i tanich zagrywkach, jak u tuzów pokroju Korpuklaani i im podobnych „grup”. Wracając jednak do Cellar Darling, podoba mi się, że ten materiał wychodzi tak znienacka, na luzie, całość mile łechce moje heavymetalowe serce, a w dodatku materiał z miejsca spodoba się całym zastępom fanów Epica, Nightwish czy innego Delain. Prosta, rockowa muza, miejscami bujająca właśnie w stylu Eluveitie, ale nie ma mowy o kopiowaniu dorobku poprzedniego pracodawcy.

A: Z tymi rozpadami to nigdy do końca nie wiadomo, ale pewnie coś jest w tym, że charakter do współpracy ciężki… Dobrze to słyszeć, wszak folkowej cepelii wręcz nie znoszę. W każdym razie łatka do nich przylgnęła i wiele już w tej kwestii nie zmienią. Co do Cellar Darling- podoba mi się to, że nie chcą na siłę nawiązywać do poprzedniej kapeli (owszem, momenty są, głównie za sprawą liry korbowej używanej przez wokalistkę), tylko tłuką dość prostolinijnie i stricte rockowo. To miłe zaskoczenie, bo ciężko dziś o takiego rocka bez udziwnień, jednocześnie przebojowego i odpowiednio ciężkiego. Po byłych członkach Eluveitie, mimo wszystko, nie spodziewałbym się takiej rzeczy.

G: Nikt się nie spodziewał, zwłaszcza, że ten band ma potencjał tak na wojaże z heavy metalowcami, jak i granie razem z Evanescence. Potencjał komercyjny jest ogromny, a to przecież metalowy band z krwi i kości. Co prawda, mamy tu trójkę muzyków i wyraźnie odczuwalny brak potężnego basu, ale głos Anny Murphy naprawia wszystko. Szkoda tylko, że nie daje z siebie nieco więcej, bo ta dość jednostajna maniera przypomina mi – trochę niesłusznie, ale jednak – Anette Olzon, byłą wokalistkę Nightwish. Ania potrafi krzyknąć, i tego tu brakuje…

A: Owszem, przy całej tej prostocie to dość uniwersalna muzyka, której raczej nie da się zdefiniować jednym słowem czy upchnięciem w szufladkę. Mnie akurat wokal podoba się w takiej, a nie innej formie; zgadzam się natomiast z tym, że maskuje on wszelkie niedociągnięcia i wynosi całość na wyższy poziom. Bez niego „This Is The Sound” nie byłoby tak dobrym krążkiem. Boli mnie natomiast rozwlekłość formy. Już „Rebels” bije fajnym, pożegnalnym vibe’m i w tym miejscu ten album powinien powiedzieć nam „do widzenia„. Tak się jednak nie dzieje, zostajemy uraczeni pięcioma jeszcze utworami. Jakby przez ten rok trio było aż nazbyt produktywne. Co za dużo, to jednak niezdrowo.CD

G: I tu pełna zgoda, bo formuła wyczerpuje się nawet przed „Rebels”. I nie pięcioma, a sześcioma, w zależności od wersji cd. Zakładam, że chcieli dać stosunkowo jak najwięcej, bo o kolejnej płycie usłyszymy nie prędzej jak za dwa, może trzy lata. Taki cykl mają artyści w Nuclear Blast. Niefortunnie się składa, że choć muzycznie to proste opowieści z fantastycznie zaaranżowanym folkowym instrumentarium i masą momentami niemal ekstremalnych riffów („Hullaballoo”) oraz pięknym głosem „liderki”, tak jakościowo pierwsze wrażenie szybko traci nie w oczach, co uszach. A swoją drogą, Ania jest przepiękna. (śmiech)

A: Tak, gdyby tylko nie miała zeza… (śmiech). Jasne, to zrozumiałe, że chcieli w odpowiedni sposób przywitać się ze światem. Mimo wszystko, troszkę za mocno dołożyli do pieca i końcówka robi się raczej niestrawna. Mnóstwo tu dobrych piosenek, oczywiście- do określonego momentu płyty. Teraz zasadnicze pytanie: czy jeżeli formuła wyczerpuje się już tutaj, co będzie na kolejnym długograju?

G: Będzie albo bardziej stadionowo, bo jest ku temu głos i potencjał, albo wycisną z sosu zwanego Eluveitie, ile będą mogli. Masa z tych piosenek to pewnie jakieś odrzuty z poprzednich krążków Elu. Nie wierzę, że to całkiem nowy materiał, nie ma mowy, żeby napisali szesnaście piosenek w pięć miesięcy.

A: Ale wiesz, że trzy z nich to covery, prawda (śmiech)? Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z imponującą produktywnością. Hmmm, gdyby tak sumiennie przysiedli przez rok, może i daliby radę stworzyć taką masę utworów? Jeżeli są to odrzuty, jegomość Chrigel musi być głuchy, bowiem utwory z „This Is The Cellar DarlingSound” są, moim zdaniem, o klasę lepsze od ostatnich wypocin Eluveitie.

G: Może nie lepsze, ale nie odstają od nich jakościowo. Takie „Fire, Wind & Earth” to hit, jakich mało. A wiesz, że Anna wydała album solo o takiej samej nazwie, co jej nowy zespół?

A: A wiem, tu mnie akurat nie zagniesz. (śmiech) Hitów znajdziemy tu całkiem sporo. Gdy wspomniałeś o tych odrzutach, uświadomiłem sobie, że to muzyka jednak zupełnie inna w swojej naturze i chyba dobrze się stało, że Cellar Darling dysponuje ograniczonym instrumentarium. Wyciągają z tych utworów samo sedno, podczas, gdy przypadek Eluveitie może kojarzyć się z powiedzeniem o sześciu kucharkach. Za duży tam chaos na mój gust.

G: Ano, jest chaos, bo skład się jeszcze poszerzył! A obecnie w Eluveitie na miejsce Anny wskoczyła Polka, i to na stałe. Co do Cellar, pełna zgoda – nie dzieje się tu tak dużo jak w macierzystym zespole, poza tym, to nie death metal, a coś pomiędzy nowoczesnym rockiem, heavy metalem a przebojowym folkiem. Tego ostatniego jest tu najmniej, i kiedy do głosu dochodzą „hurdy gurdy”, jest się z czego cieszyć. Właśnie w tym momencie po raz któryś z kolei słucham „Fire…” i nie umiem przestać. Piękny numer. Jeśli pójdę na długi spacer, to właśnie z tą płytą.

A: To całe „hurdy gurdy”, poza tym, że nosi niesamowicie zabawną nazwę, stanowi ważny element całej układanki. I – o dziwo – nie jest nachalnie eksponowane, a świetnie sprawdza się, dopełniając całość gdzieś na drugim planie. Cóż więcej rzec, pozostaje życzyć koledze niezapomnianych wrażeń spacerowych (śmiech).

G: To mam iść, czy jeszcze coś masz do powiedzenia (śmiech)?

A: Ja już powiedziałem, co wiedziałem, nie zatrzymuję, Grześku!

Kulturalnie debatowali Grzegorz Pindor i Adam Gościniak