CAST IN IRON – I – X (Nikt Nic Nie Wie)

Od razu ostrzegam – pomimo, że mam przyjemność znać kilku członków tego stołecznego kwartetu, nie będzie taryfy ulgowej. Uczulam na to zwłaszcza wszystkich mniej lub bardziej aktywnych uczestników warszawskiego hc/punkowego podziemia, które nie od dziś słynie z krycia swoich. I być może wydaję na swoją wątłą osobę wyrok tamtejszego sądu skorupkowego (nie pierwszy i nie ostatni…), ale co mi tam – debiut Cast In Iron najzwyczajniej w świecie mnie rozczarował.

O tym zespole było całkiem głośno jeszcze zanim cokolwiek nagrał. Wszak tworzą go persony konkretnie otrzaskane ze scenowymi realiami oraz mające w swoich cefałkach udział i wiele świetnych wydawnictw wraz z m.in. Daymares, Government Flu, Drip of Lies, a gdyby jeszcze dalej sięgnąć pamięcią, to nawinie się i nieodżałowany Sunrise czy niemniej ceniony Coalition. Kolejnemu projektowi muzyków (tak, wiem, pewnie część z nich obrazi się za takie „profesjonalne” określenie) o takich powiązaniach mógłbym przynajmniej teoretycznie udzielić w ciemno bezgranicznego kredytu zaufania. A jednak, czasem warto powściągnąć euforię na rzecz zimnej krwi, zwłaszcza gdy z lewa i prawa trąbi się o totalnej zajebistości.

Właściwie, to gorycz, jaką już zdążyła nasiąknąć ta recenzja, bynajmniej nie jest zasługą samego zespołu. W głównej mierze, odpowiedzialnością za nią obarczać należy wszechobecną wrzawę, która jeszcze na długie tygodnie przed premierą „I-X” opanowała pewne kręgi. Cóż, najwidoczniej potrzeby niektórych kończą się na zestawie tych samych, dobrze znajomych imion. Szczęśliwie albo i nie, nie moje.

Oczekiwałem przełomu, muzyki, której mógłbym słuchać setki razy i o której mógłbym gadać godzinami. Zamiast niej, dostałem raptem 19 minut całkiem przyzwoitego, chropowatego hardcore punka śmierdzącego czasami sludge. Z całym szacunkiem, to ciut za mało jak na gości, którzy w tym kraju powinni wyznaczać standardy takiego grania, a materiały pokroju „I-X” generować jednym pierdnięciem. Faktycznie, dziesiątki razy wracałem do krążka, ale raczej po to, by upewnić się, czy aby jakiś porażający majstersztyk nie umknął mojej uwadze. Niestety. I co z tego, że w ciągu owych 19 minut zawarto kompendium wszystkiego, o co w syfiastym i do bólu niewdzięcznym hałasowaniu chodzi. I co mi po tym, że gdzieś coś zabrzmi jak uwielbiany przeze mnie Trap Them, a w innym miejscu panowie ukłonią się LG Petrovowi. Że „VII” podryguje prawie jak w najlepszych załogach amerykańskiego hc połowy lat 90, a „X” transowo odpływa sobie ciemną nicość. Ba, co mi po nawet nienajgłupszych tekstach, skoro nie umiem pozbyć się wrażenia, że to, co Cast In Iron serwuje na swym pierwszym albumie, to tylko owoc przelotnej zabawy modną konwencją. W tych numerach, choć zaznaczam raz jeszcze – bardzo przyzwoitych – zabrakło mi jakiejś kropki nad „i”, choćby jednego totalnie wstrząsającego riffu, momentu, który na dłużej zapadnie w pamięć. Są oczywiście pewne smaczki – zwłaszcza w sferze rytmiki, gdzie perkusista potrafi nieźle i z pomysłem zagęścić partie, ale to trochę za mało… W końcu, wkurwia niemożebnie długość, choć trafniej byłoby napisać – krótkość poszczególnych kompozycji. Może gdyby Cast In Iron zdecydowali się na nieco dłuższe niż minuta/półtorej progi czasowe, efekt nie brzmiałby jak zrobiony na pół gwizdka.

Cechami charakterystycznymi „I-X” są ponadto cholernie suche i zgrzytliwe brzmienie całości oraz stylowa, minimalistyczna oprawa wizualna wydawnictwa. Koniec końców nadmienić należy, że na koncercie zespół robi niepomiernie lepsze, bardziej nieokiełznane wrażenie. Jeśli jednak jego personel chce, by studyjne dokonania z logo CII traktowane były jako coś więcej niż ciekawostka i kolejny projekt (czego z całego serca mu życzę), radzę przed nagraniem następcy „I-X” na spokojnie przysiąść nad obraną formułą. OK, tyle biadolenia i gorzkich żali. A teraz, chłopaki, do roboty. Na serio.

Cyprian Łakomy

Trzy i pół