CALEXICO – The Thread That Keeps Us (City Slang/Sonic)

Czy jest tu ktoś, kto nie słucha amerykańskiej muzyki? Przyznam, że to wołanie na pustyni i raczej trudno będzie znaleźć melomana, co szerokim łukiem USA obchodzi. Za duży to kraj i właśnie jego wielkość przesądza o tym, że jest tam miejsce dla każdego, możliwego nurtu. Nawet tak dziwnego tworu jak alt country. Jest i miejsce dla Calexico.

Wspomniałem od alt country, bo od zawsze zadziwia mnie ten specyficzny gatunek. Country nie lubię na równi z disco polo, choć jednocześnie wsiowy klimat obydwu gatunków ma w sobie coś pociągającego. Zapewne dzięki temu dotarłem do Calexico, co okazało się o tyle miłe, że oferta zespołu zdecydowanie bliższa jest przyjemnemu indie/koledż rockowi niż kowbojskim przyśpiewkom. Na nowej, dziesiątej w kolejności płycie te elementy pojawiają się tylko gdzieniegdzie, przykryte solidnym, lekko melancholijnym graniem. Choć nowa płyta przynosi – w stosunku do młodszej o dwa lata „Edge of the Sun” –  przede wszystkim mocny zwrot w stronę rytmicznej, rockowej pieśni. A przygotowany zestaw, z małymi wyjątkami, całkiem nieźle się broni.Calexico by Jairo Zavala

Oczywiście, to nadal wesoła przejażdżka po niemal wszystkich możliwych odmianach alternatywy, z naciskiem na dominującą rolę gitary, mam wręcz wrażenie, że Calexico na nowej płycie chce pokazać własną odmianę garażu, z tym, że ich natura nie pozwala na zbyt szorstkie traktowanie odbiorcy. To cały czas bezpretensjonalne, bardzo pogodne granie, ze środkiem ciężkości przesuniętym na rockowy wygar, z silnie zarysowaną, skoczną wręcz rytmiką. Jasne, tu i ówdzie słychać stare nawyki, chociażby americanę w „Voices in the Field” i sporadyczne, lekko latynoskie smaczki. Wrażenie robi „End of the World with You“, melodyjnie wiercący mózg, melodii jest zresztą na tej płycie dużo. Co niezmiennie mnie fascynuje, to warstwa aranżacyjna; w tych prostych, może dla wyrafinowanego słuchacza wręcz banalnych kompozycjach, zespół poupychał dużo kolorów, świetnych instrumentacji, które powodują, że płyta zbyt szybko się nie znudzi. Jest w tym wszystkim sporo luzu, wręcz takiego knajpianego klimatu, opowieści snutych przy butelce whiskey, a to prowadzi nas wprost w ramiona czysto amerykańskiego songwritingu. Tradycja tego kontynentu nasączyła dzieła Calexico na tyle, by uznać ich za niefrasobliwych ambasadorów Ameryki B, tych małych miejscowości, gdzie ludzie kultywują tradycję, nie biegają zbyt szybko i cenią sobie święty spokój. I ten ostatni jest tu chyba największą zaletą, bo bardzo szybko udziela się słuchaczowi. W każdym razie, nie tęsknię już za R.E.M.

Arek Lerch

Cztery