BUILDINGS – You Are Not One of Us (Antena Krzyku)

Kolejny odcinek podróży zatytułowanej noise – sentymenty. Nie będziemy bawić się w odkrywanie czegoś nowego, przeciwnie, znowu udamy się do lat 90. gdzie swoich inspiracji szukają Amerykanie z Buildings. A jako, że się rzekło „szukajcie a znajdziecie”, trio z Montrealu z precyzją wytrawnych archeologów odgrzebało to co najlepsze.

Usłyszałem ostatnio, że pisanie o takiej muzyce jest bez sensu, bo w zasadzie o kolejnych płytach nie można niczego nowego powiedzieć, pozostaje zatem powtarzanie ciągle tych samych wytartych frazesów. Zadumałem się nad tym przez chwilę i doszedłem do wniosku, że to faktycznie prawda. Może czas na weryfikację naszego, dziennikarskiego punktu widzenia/warsztatu? Takie płyty jak „You Are Not One of Us” to przykład muzyki, o której powiedziano już wszystko, ale która nadal – i to jest chyba najważniejsze – budzi zachwyt. Noise w wydaniu Buildings ma jeden, bardzo konkretny odnośnik – The Jesus Lizard. Zespół Davida Yow wielbię, odkąd kupiłem piracką kasetę z materiałem „Goat”, czyli już jakieś 26 lat. Do dzisiaj ta muzyka wywołuje dreszcze, dlatego każdy zespół, który próbuje odwzorować takie granie, musi się spotkać z surową oceną. Bo… nie każdemu udaje się powrócić do tego brzmienia czy próbować odczytać je na nowo. Prawdziwym przekleństwem współczesnych grup jest przeświadczenie, że mając do dyspozycji całe tony sprzętu i hiper profesjonalne studia, mogą bez większego wysiłku i z palcem wiadomo gdzie nagrywać takie płyty jak „Liar” czy „Down”. Buildings band

I tu następuje dramat, bo kolejne, noise’owe załogi brzmią najzwyczajniej biednie, nudno i płasko. A kiedy już zagęszczają brzmienie to często wychodzi coś w stylu Whores. i jest problem. Na razie jedynie Kanadyjczycy z KEN mode zrobili rzecz, która wywołała ekstazę. Teraz dołącza do nich Buildings, bo nowa płyta tego zespołu to prawdziwy, kurewski ochłap podszytego bluesiorem, noise’rockowego grzańska, ubranego w brzmieniowe szaty skrojone idealnie na potrzeby współczesnego słuchacza. Nie ma zbytniej surowości, słychać, że wszystko tu oszlifowano, ale jednocześnie nie wykastrowano muzyki z jakże potrzebnego gruzu i tego podskórnego napięcia. Podstawą jest miażdżąca sekcja z rewelacyjnie wyeksponowanym, wyrywającym jelita, bulgoczącym basem i tłukące, proste bębny. Na tym tle skrzeczy gitara, pięknie balansując między post punkową  zgrzytliwością i bluesowym wyziewem.

Nie ma sensu analizować poszczególnych numerów. Ważna jest równowaga. Buildings nie przegina, nie stara się naciągać formuły, ani jej modernizować. Po prostu, bierze z tej skarbnicy to co najlepsze i w pięknym stylu przekłada na współczesny język. I tu pojawia się jeszcze jeden wątek – nie chodzi o umiejętności czy pomysły, ale raczej o to, że Buildings ma taką muzykę we krwi i nie podążając za modami gra swoją duszę. Tak, czuję w tym szczerość. Niezależnie od tego, czy noise rock się już skończył i znowu jest niemodny. To nie ma znaczenia.

Arek Lerch

Sześć