BRUJERIA – Pocho Aztlan (Nuclear Blast)

Dziś pewnie trudno jest w to uwierzyć, ale był taki czas gdy data premiery była zarówno dla twórcy jak i fanów dniem naprawdę szczególnym. To właśnie wtedy kierując swe kroki do sklepu muzycznego mogłeś przekonać się czy materiał zespołu, z którym wywiad czytałeś, w istocie urywa członki jak to z zapałem godnym lepszej sprawy przekonywał na kartach magazynu Pan Dziennikarz. Wybaczcie ten nostalgiczny ton, ale zespół, nad którym postanowiłem się dziś odrobinę poznęcać, budzi wspomnienia. Jak dziś pamiętam dzień, w którym udałem się do małej księgarni muzycznej (ktoś jeszcze pamięta takie przybytki rozkoszy?) by zakupić podobno nieziemsko dobrą kasetę… a była to w istocie petarda pierwszej klasy czyli  „Brujerismo”!

Od wydania pamiętnej, wynoszącej zespół na usta wszystkich fanów brutalnego hałasu płyty minęło już 16 lat. W tym czasie zmieniło się właściwie wszystko i chyba naturalnym powinno być, że zmieniła się również Brujeria. Zamaskowane twarze, maczety, żywiołowe, pełne ognia występy sceniczne – to zostało bez zmian. Powiem więcej, wydany jako zajawka płyty singiel „Viva Presidente Trump!” zdawał się dowodzić, że te typy spod całkiem już ciemnej gwiazdy nie znają takich pojęć jak poprawność polityczna i przygotują materiał, który będzie niczym trzęsienie ziemi. „Pocho Aztlan” to jednak co najwyżej mały wstrząs. Piszę to z pozycji prawdziwego fana – horda po 16 latach wróciła, w moim odczuciu, wydawnictwem właściwie niepotrzebnym. Wydaje mi się, że głównym zarzutem jaki można postawić czwartej dużej płycie Brujeria jest mała zawartość ducha zespołu, który na poprzednich, dużych wydawnictwach rozpędzał materiał do szaleńczych temp i dzikiego tańca z maczetami. Przykro mi to mówić, ale mam wrażenie, że dostałem materiał niepełny. Owszem, mamy tu bardzo dobre, chyba jak nigdy do tej pory, selektywne brzmienie i w perwersyjny sposób przebojowe numery, jednak wszystko to zagrane jakby na pół gwizdka. Może ekipę dopadła starość? Tam gdzie miał być tropikalny huragan jest lekki wietrzyk. Przyznacie sami, że trochę to słabe. B

Być może czepiam się na wyrost, ale w moim odczuciu jest to najsłabsza z dużych płyt Brujeria. Egzotyczne sample, wyjątkowo pasujący do brutalnej muzyki język hiszpański i specyficzne teksty to trochę mało by zdobyć moje serce opętane wkładką do chorej „Matando Güeros” i wulgarną energią „Brujerismo”. To co różni wspomniane płyty od „Pocho Aztlan” to absolutny brak hamulców. Tak, kiedyś ten zespół, gdy ruszał się z miejsca by dać upust krwawej furii, stawał się czymś na kształt muzycznego huraganu, który w kreatywnym kotle miksował, gwałcił i wypluwał wszystko co chore, szybkie, ciężkie. Dziś natomiast mamy tylko ukłon w stronę starych płyt i powielanie własnych pomysłów w, dodam na marginesie, niezbyt lotny sposób.

Obiektywnie to nie jest słaby album, ale zaprawione w bojach subiektywne ucho bez problemu wyczuje nutkę fałszu błąkającą się między riffami i to jest właśnie istota tego co próbuję Wam przekazać. Brujeria kiedyś grała tak by zniszczyć świat… a dziś, no cóż, dziś stara się przypomnieć czym była kiedyś, tyle, że skutek nie jest najlepszy.

Wiesław Czajkowski

Trzy