BRATY Z RAKEMNA – krew sex popyt podaż (Wytwórnia Krajowa)

Teoretycznie rzecz ujmując, recenzja płyty Bratów z Rakemna nie powinna się tu ukazać. Po pierwsze, bo za późno,  kilka dobrych miesięcy po premierze, po drugie, nie wiadomo, czy zniesie miażdżącą konkurencję metalowych, hardcore’owych i wszelkiej innej maści popieprzonych wyziewów. Jeśli jednak przyjąć, że robimy to, co może wzbudzić sprzeciw – bo lubimy – a także dlatego, że MOŻEMY, nie widzę przeciwwskazań. Nowy materiał grupy pochodzącej z Gryfina musiał też swoje odczekać, bo i zespół aż osiem lat trzymał nas w niepewności. Opłacało się? Jak najbardziej.

Opóźnienie w publikacji tego tekstu mogę też wytłumaczyć bardzo subiektywnym spojrzeniem na temat. Piszę, kiedy jestem przekonany co do własnej oceny sytuacji. Braty musiały zatem zwyczajnie poczekać na sprzyjający moment, czyli nawrócenie się niżej podpisanego na wszelkiego rodzaju indie dziwactwa, bo nie ukrywam, że ostatnio taka muza robi mi bardzo dobrze. Rzecz jasna, w przypadku Bratów temat przynależności czy też czystości stylistycznej jest miejscem bardzo grząskim. Zespół czerpie z bardzo różnych źródeł i być może właśnie w tym tkwi moje ociąganie się? Bo czasami słyszę nasz, krajowy stary, dobry rock, czasami kłania się Wielka Brytania a miejscami grupa zagląda aż do Nowego Jorku. Miksując melancholijną melodykę z dość konkretnym, rockowym uderzeniem, zespół wygładził przede wszystkim swoje brzmienie, dlatego dzisiaj nie ma garażu, jest za to wielopłaszczyznowa, ciekawa harmonicznie sztuka. Opatrzona niezwykłymi tekstami. Zazwyczaj nie zwracam uwagi na liryki w takiej muzyce, muszę jednak przyznać, że Jakub Stankiewicz, pomijając świetne metafory i sposób spojrzenia na otaczającą rzeczywistość, ma przede wszystkim doskonały warsztat, który pozwala mu się bawić słowem, łączyć go miejscami w karkołomne zbitki, które są bardzo smakowite. Dzięki nim, każdy temat wydaje się być… podniosły, godny uwagi? „Notoryczni w pionie kiedyś zmiękną, laury osierocą skronie, wiem to/Baron skojarzeń, zwady skory snujesz komentarze, cyny szpiclu, niech ci się przydarzę” albo „Dylematów karb puszy się na szali, każe brnąć przez bród, ćwiczyć w monogamii...”. Przecież to majstersztyki operowania słowem. Jasne, mogą się wydawać nieco napuszone, ale ile w nich słowotwórczej maestrii! A teraz pomyślcie, że te językołomne zbitki trzeba zaśpiewać. I tu kolejne, miłe zaskoczenie – partie wokalne, nawet pomijając ich lekki manieryzm, są rewelacyjnie rozplanowane, z głową, świetnie połączone z dźwiękami. Przyznam się, że ostatnio słucham tej płyty głównie ze względu na słowo.

A przecież i muzycznie jest bardzo dobrze. Faktycznie jest to gitarowa alternatywa, która ociera się o modny dzisiaj indie rock, jednak ma do zaoferowania całkiem sporo. Od przebojowych tematów (dansingowy „Graj Cyganie” czy „Amigo” łażą za mną natrętnie i nie chcą się odczepić…), przez ciekawe zastosowanie analogowych syntezatorów, które powodują, że miejscami muzyka zaczyna brzmieć jak lekko upopowiony synth z jedynie domieszką rocka. Czasami zespół celowo archaizuje te brzmienia, cofając się wręcz gdzieś do big beatu, choć to tylko delikatne wtręty. Może słychać tu nawet dalekie echa nowej fali? Wszystko jest odpowiednio zmiksowane i brzmi jednorodnie; dopiero kolejne przesłuchania – a w moim przypadku kilkumiesięczne – pozwalają odkrywać kolejne pokłady brzmień i pomysłów…

W sumie – dziwię się, że w kraju, w którym triumfy święci Myslovitz  a tyły okupują kapele pokroju Trupa Trupa, druga płyta Bratów z Rakemna przeszła w zasadzie dość niezauważona. Może nie było dostatecznej promocji? Choć z drugiej strony, w radiu można było usłyszeć ten czy inny kawałek. Ja w każdym razie, po nabyciu wąskich spodni i czapy, którą noszę nawet latem, słucham „krwi sexu popytu podaży” z prawdziwą przyjemnością. A swoją drogą, znakomity, bardzo na czasie tytuł…

Arek Lerch

Cztery i pół