BOTANIST – I: The Suicide Tree/II: A Rose From The Dead (tUUMULt)

Najciekawszą sprawą związaną z blackmetalowym hordem Botanist nie jest wcale nazwa, ale fakt, że coś takiego w ogóle powstało, wydało płytę, a nawet znalazło fanów. Ba, nawet jednego znam osobiście, i to za jego namową straciłem bezpowrotnie 75 minut z życia. Święta za pasem, pora więc nabić punktów u bozi i ostrzec bliźnich przed muzykologicznym Dniem Tryfidów, jaki zgotował bezbronnym słuchaczom wizjoner zza oceanu.

Jeśli z tą nazwą spotykacie się po raz pierwszy, nie ma bata żebyście mi uwierzyli na słowo, ale spróbujmy: The Botanist, jedyny członek (chciałoby się rzec – pień) projektu Botanist umyślił sobie, że gitar na jego płycie nie będzie, a zastąpią je cymbały…  Tak właśnie, ten instrument, o którym ostatnio słyszeliście czytając w szkole „Pana Tadeusza” (chyba, że lubicie Orphaned Land). Do tego dokleił gęste perkusyjne stuku-puku, po abbathowemu skrzeczący wokal i hop! – płyta gotowa, a nawet dwie płyty, bo koncept najwyraźniej wymagał rozwinięcia w wymiarze czasowym przekraczającym pojemność jednego krążka. Myślę, że w obliczu tak postępowego myślenia pomysł, by w tekstach ukazać świat roślin jako demoniczny tygiel mrocznych tajemnic nie wyda się już nikomu szczególnie dziwny. Wszystko to wałkuje się przez godzinę i kwadrans, bez ładu i składu mieszając czardasze z blastami, jakby świat muzyki metalowej na nic innego nie czekał. W przypływie zachwytu nad własną inwencją Wielki Botanik zapomniał, by poukładać tysiąc brzdąkających zagrywek w coś, co chociaż przypominałoby kompozycje i posiadało myśl przewodnią inną niż „najdziwniej jak się da”. „The Suicide Tree/A Rose From The Dead” jest przykładem muzycznego śmiecia doskonałego, fatalnego pod absolutnie każdym względem poza uroczą okładką. Być może ten album miał być progresywny, być może prowokujący a być może nawet zabawny, ale wyszło coś, co brzmi jak Tatar recytujący atlas grzybów i kompletnie nie nadaje się do słuchania.

Abstrahując od pomyj, jakie wylałem na dzieło Pana Rośliny, jest to płyta dość symptomatyczna dla rozwoju black metalu w epoce dostępności wszelkich dóbr kultury. Jako najbardziej chłonny podgatunek ciężkiego rocka, nęci on wszelkiego rodzaju niewyżytych narcyzów, którym zdaje się, że charczący wokal świetnie uzupełnia absolutnie każdą muzykę, od neofolku po electroclash. Ja tam odradzam, ale jeśli chcecie to posłuchajcie, najwyżej zaszpanujecie przed znajomymi, że słyszeliście płytę gorszą od „Lulu”.

Bartosz Cieślak   1