BORKNAGAR – Winter Thrice (Century Media)

Grudniowa zapowiedź „Winter Thrice” bardzo mnie ucieszyła, zwłaszcza w postaci utworu dodatkowo uposażonego wideoklipem (nie najgorszym zresztą). Może dla niektórych zabrzmi to śmiesznie, ale miałem ochotę posłuchać zimową porą czegoś adekwatnego muzycznie do otaczającej aury. Z pomocą przybyły dwie dobrze nam znane i doświadczone zarówno geograficznym usytuowaniem, jak i tradycją hołdującą śnieżnym hymnom formacje z Bergen. O Abbath innym razem, teraz podzielę się z wami co nowego oferuje Borknagar.

Nie ukrywam, że lubię ten zespół i czekałem na ich najnowszą (dziesiątą w dyskografii) płytę. Słucham jej w warunkach zgodnych z koncepcją i przesłaniem twórców, czyli brnąc w śniegu przez las, czując w nozdrzach świdrujący mróz, a później po powrocie zasiadałem przy rozpalonym kominku. W obu przypadkach słuchanie tej produkcji sprawdzało się znakomicie. Podczas licznych wędrówek ścieżkami borów, zadawałem sobie pytanie czy jeszcze należy utożsamiać Borkangar z metalem, nie mówiąc już nawet o black metalu? Aktualnie metalowa stylistyka zepchnięta zostaje na dalszy plan i nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, co uprawiali na pierwszych albumach. Absolutnie nie mam im za złe, że to już nie jest metal – klasyczny czy nawet prosty i surowy. Borknagar gra po prostu swoje i co ciekawe, nie są przesadnie pazerni na profity – nie splamili się jak do tej pory wypełniaczami w postaci: ep-ek, remiksów czy koncertówek (choć taką mogliby popełnić przy tak obfitym dorobku).

Borknagar wciąż w umiejętny, wyważony sposób eksploruje tematy związane z siłami natury; nie musimy się martwić o zdziecinniałe podejście w konwencji (choć i to może mieć swój urok). Nie ma też mowy o lataniu z włócznią po fiordach w replikach strojów dawnych wojów, grożąc pięścią chmurom na niebie. Borknagar to dojrzały (w pozytywnym znaczeniu) i rosły twór, złożony ludzi bardzo świadomych swej twórczości. Nie czytałem w całości wszystkich tekstów z wkładki, ale te wyłapane na słuchawkach wskazują, że nadal dostajemy wyrafinowane liryki o metafizycznym zabarwieniu, gdzie potężna, dzika i nieskażona natura jest porównywana nawet do architektonicznych projektów, a człowiek jest jej istotnym pierwiastkiem.B - band

Zostawmy jednak warstwę tekstową i powróćmy do meritum sprawy, czyli muzyki, a ta, całościowo rzecz ujmując, to kawał udanej sztuki. Na uznanie zasługują zwłaszcza aranżacje wszystkich kompozycji, a największą siłą tego albumu są moim zdaniem partie wokalne (i w swojej konstrukcji jak i szerokim spektrum wykonawczym). Począwszy od rozbudowanych zaśpiewów, dzielonych na głosy, skończywszy na partiach chóralnych (pierwszy raz w historii zespołu zdarzyło się, że w jednym utworze jednocześnie zaśpiewali wszyscy wokaliści – obecni i byli). Bardzo udane to połączenie i jak wspomniałem powyżej, przekonująco wystrugane, podane atrakcyjnie i przejrzyście. Fani Vortexa i Garma będą wniebowzięci, ale nie gorzej radzą sobie Lars Nedland (tu w roli klawiszowca i wokalisty – znany bardziej np. z Solefald) oraz zregenerowany po ciężkiej chorobie Andreas Hedlund (Vintersorg) na głównych wokalach. „Zima po trzykroć” nie jest dla mnie produkcją ani metalową, ani wybitną, ani black metalową. I nie ma to żadnego znaczenia – bo jest z pewnością wciągającą, udaną płytą. Polecam szczególnie osobom, które nie żyją samymi blastami, charczeniem i pluciem krwią. A lubią zimę i fajnie uszyte na tę porę roku pieśni.

Slavomir Maria Nietupski

Pięć