BONSON – Postanawia umrzeć (StoPro Rap)

Niech nie zwiodą was – trochę w swojej wymowie pretensjonalne – okładka i tytuł tego krążka. „Postanawia umrzeć” to z jednej strony chyba najdojrzalszy materiał Bonsona, a z drugiej – jedna z najlepszych rzeczy, jakie w tym roku wyda na świat polski rap. Tego jestem pewien. Bardzo piękne to bowiem umieranie, chociaż… przerażająco prawdziwe.

Bonson, mimo, że tak naprawdę wciąż zaledwie u progu kariery takiej, jaką powinien zrobić, zdążył zaznaczyć swoją obecność na niezliczonych singlach, kolaboracjach i projektach. Duet z Matkiem przyniósł szerszą rozpoznawalność, ale i łatkę – egzaltowanego młodzieńca, który, chociaż cieszy się nienaganną techniką i własną tożsamością, w dalszym ciągu jest zaledwie obietnicą i ułamkiem tego, czym być może. Niekoniecznie artystą na tu i teraz. Zauważam, że ta etykieta wciąż się za Bonsonem pałęta, zupełnie niesłusznie, rzecz jasna. Później nastąpiła przecież chociażby współpraca z Soulpete (Bonsoul), rodząca numery dojrzalsze, bardziej bogate i wielowymiarowe – i muzycznie, i tekstowo. Patrząc jednak na przeszłość przez perspektywę nowego longpleja, jak na dłoni widać, że wszystko to było zaledwie przyczynkiem do wybuchu z „Postanawia umrzeć” i że dopiero dzisiaj Bonson wybija się na pełną niepodległość (płyta debiutowała na szczycie listy OLiS; to jest taka niepodległość, że bardziej się nie da…).

Dużą zaletą tego krążka jest jego spójność. „Postanawia umrzeć” nie jest zbiorem luźno ze sobą powiązanych numerów, a jedną, wciągającą historią. Oprócz głównego narratora, który snuje tę swoją opowieść – zachowującą integralność, ale nie nużącą; brudną, acz nie nazbyt brudną – słowa uznania należą się także KPSN-owi, który, wbrew głosom niedowiarków, w pełni sprostał zadaniu. Stworzył podkłady brudne, szorstkie i pachnące ulicą, słowem: idealne dla tych tekstów. Co jednak ważniejsze, to są wszystko rzeczy, na których naprawdę można zawiesić ucho. Nie zawsze gnające opętańczo po brudnym bruku – np. w takim „Rano” dochodzą do głosu leniwie lejące się Rolandy 808 i też jest pięknie. Mam wrażenie, że tak udana symbioza to nawet nie tyle efekt spotkania dwóch talentów; stoi za nią coś więcej, jakaś chemia. Kiedy Bonson pojawił się na ubiegłorocznej ep-ce KPSN-a, niby przelotem i w gościach, wszystko „zażarło” na tyle dobrze, że grzechem byłoby tej współpracy nie rozwinąć.rap

Najlepszy Bonson to Bonson smutny. „Postanawia umrzeć” jest płytą przygniatającą i ciężką gatunkowo; opowieścią o tym, jak niewiele dzieli szczyty od dna, o powielaniu tych samych błędów i zapętleniu się we własnych grzechach, kłamstwach i pomyłkach. Rzeczą bardzo osobistą, momentami wręcz zaskakująco szczerą – nawet jak na muzykę, która z założenia wychodzić ma prosto z trzewi. Ktoś napisał, że raper „brzmi, jakby mu się znowu życie waliło”, co z jednej strony jest największym komplementem, jakim można ten krążek obdarzyć, a z drugiej… nieco przeraża i każe zastanowić się, w którym punkcie kończy się świat przedstawiony, a zaczyna rzeczywistość. Ja nie mam pojęcia, a całe to wrażenie zupełnego zmieszania fikcji i tego, co prawdziwe, to piękny wyznacznik klasy „Postanawia umrzeć”.

Brud tej płyty ma wiele twarzy – tę intrygującą i nieoczywistą refrenu „W dół” śpiewanego przez Marysię Starostę, liryczną i radiową wręcz „Chcesz mnie poznać” (Roma!), wreszcie: rwaną, szorstką i skreczowaną facjatę „Razów”. Zachwyca klimatyczny i nostalgiczny „Moi idole nie żyją”, którego odbiór zakłóca jedynie gościnna i nieco drewniana zwrotka Łuszego. Zresztą… gości jest tutaj stosunkowo niewielu, i dobrze, bo wydaje się, że tak osobiste bitwy najlepiej toczyć w pojedynkę. „Postanawia umrzeć” to krążek o dość kameralnej atmosferze, rzecz brudna i wciągająca zarazem. Nie lubię rapu spełnionego i pogodzonego z życiem, tworzonego przez ludzi, którzy zdążyli już odnieść sukces. Czysta szczerość często wiąże się natomiast z niedojrzałością czy egzaltacją, ciężko te dwa czynniki – klasę i prawdę –pogodzić. Tutaj jest i dojrzałość, i szczerość. Piękna to płyta. Piąteczka, Bonson!

Adam Gościniak

Pięć