BONSON – Królu Złoty (Def Jam)

O tym, że to pozycja wyjątkowa w dyskografii Bonsona świadczy fakt skrajnych o płycie opinii. Od zachwytów nad rozwojem i szukaniem nowych rozwiązań muzycznych po dość niewybredną krytykę. Skoro tak, to trzeba temat sprawdzić, tym bardziej, że na poprzednim krążku, Bonson postanawiał umrzeć co akcentował wyjątkowo wkurwionymi, napakowanymi agresją wersami i bitami. 

Tym razem wszystko zaczyna się już od edycji płyty. W dobie biedakompaktow, wydanie, szczególnie w wersji deluxe, może się podobać. Dobra okładka, fajny digi, plakacik, karta kredytowa do „robienia” koksu (tylko czemu nie z plastiku, jak u PRO8L3M?), zin z wywiadem na podstawie pytań od fanów. No spoko, kupuję to, bo świadczy i o wytworni i o artyście, że chcą nam coś dać. Fanem „fizyków” jestem od zawsze, więc i tym razem lekturę zamiast z mp3 zaliczyłem na grubo. Trzeba przyznać, że słuchanie hip hopu z płyt ma większy sens, daje lepszy efekt i konkretniej pompuje adrenalinę. Po kolei: wiem, że śmiesznie to zabrzmi, ale nie mogę się opędzić od uczucia, że ta płyta jest… różowa. Po czarnym kamieniu nagrobkowym poprzedniego wydawnictwa, tym razem jest miękko, jednak ten efekt osiągnięty jest przede wszystkim za sprawą doskonałej produkcji (dobry dobór producentów), podkłady są bardzo zróżnicowane, od delikatnej elektroniki po bangery, trafił się nawet samplowany przelot perkusyjnych „kartofli”, co trzeba przyznać zaskakuje. Pojawia się gitara, świetnie wypośrodkowane są niskie rejestry, słowem, muzyka na poziomie, łącząca podziemnego Bonsona z przedsionkiem mainstreamu, co chyba jest mu na rękę. Bonson

Hip hop to jednak słowa. A te są tu w jakimś sensie rozliczeniowe. Coś w stylu „dojechałem do dna, zaryłem w muł” i teraz wdrapuję się na brzegu i rozprawiam się ze swoim życiem. Ok, żeby było jasne, nie ma tu moralizatorstwa post-balangowego na poziomie KęKę czy O.S.T.R, nie ma płaczliwej psycho maniery Guziora ani klimatycznego rozliczenia z ostatniej płyty Sokoła. To cieszy, bo Bonson w gruncie rzeczy pozostaje sobą, jest twardy i stawia sporo mocnych tez. Po lekkim szkicowaniu na płycie BonSoul (przyjemna rzecz), tutaj słowo jest ciężkie i faktycznie można odnieść wrażenie, że balanga, podbijana całą tablicą Mendelejewa staje się dla Bonsona jeśli nie przeszłością to na pewno kluby są nieco dalej od domu. Ten fakt podkreśla zapewne lekkie przesunięcie twardego frazowania w stronę śpiewanych rozwinięć, co oczywiście może wypadać w wydaniu rapera różnie, tutaj na szczęście, Bonson stosuje takie zabiegi na tyle oszczędnie, że nie dotyka autoparodii, jednocześnie momentami ma świetne, zapadające w pamięć akcentowanie. To wszystko dobrze komponuje się z oszczędnie dobranym słownictwem, mniej kwiecistym niż na poprzednich płytach, ale przez to bardziej sugestywnym; chyba w co drugim numerze trafiają się jakieś szlagworty, które za mną natrętnie łażą.

Podsumowując – album zrobiony pod każdym względem z rozmachem, bez odcinania się od przeszłości, ale też z dużą polerką produkcyjną i czymś co nazwałbym pomysłem, dzięki czemu „Królu Złoty” szczecińskiego rapera to spójna opowieść a nie zestaw przypadkowych kawałków. Jedna z tych płyt, która podobnie jak ostatni Pezet, zostanie ze mną na dłużej.

Arek Lerch

Pięć