BODY/HEAD – The Switch (Matador/Sonic)

Zbliżamy się w tym kraju powoli do sytuacji, kiedy znowu będzie trzeba wyrabiać 300% normy, żeby znaleźć się na politycznych afiszach. Te procenty przyszły mi do głowy po lekturze „The Switch”. Bo duet Body/Head wyrabia 300% a nawet 400%, jeśli chodzi o przyjętą formułę. Zatem, po raz trzeci – po debiucie ”Coming Apart” i tzw. koncertówce „No Waves” – mogę  z pełnym przekonaniem powiedzieć, że najbardziej niestrawny z istniejących na ziemi duetów, dał, jak się można było spodziewać, radę. Muzyka z twojego koszmaru, ból zęba i bezsenna noc gwarantowane. Po lekturze tej płyty nic już nie będzie takie samo.

Bo w zasadzie nie zmieniło się nic. Kom Gordon i Bill Nace nadal bazują na skromnym instrumentarium, którego używają w średnio muzyczny sposób. I choć na świecie drony, szumy i zgrzyty nadal są w modzie, w poziomie niestrawności B/H wyprzedzają wszystko, nawet niektóre projekty Zoharum. „The Swith” to przykład płyty, do której należy mieć specyficzne podejście. Musimy wyzbyć się swoich przyzwyczajeń, zapomnieć, że istnieje coś takiego jak „muzyka”. Nie ma harmonii, melodii, nawet rytmu. Jest coś, co często zdarzało mi się określać mianem ciągu świadomości, który zastępuje kompozycje. Trudno w przypadku tych preparacji mówić o jakiejkolwiek premedytacji. Czuję, ze obcuję z czystą formą, wydarzeniem absolutnie niezależnym, bo B/H nie potrzebuje niczyjego wsparcia. W zasadzie dziwię się, że nie wydają swoich dźwiękowych wynurzeń na wyprodukowanych własnym sumptem kasetach.Body_Head - Credit David Black

A jednak coś w tym wszystkim lekko drgnęło, choć bałbym się użyć słowa dojrzałość, bo trudno w przypadku Kim mówić o jakichś szczeniackich wybrykach. Świadomość własnych potrzeb góruje nad wyrachowaniem i nawet jeśli „Change my Brain” zaczyna momentami przypominać jakąś psychodeliczną mantrę za sprawą szczątkowych wokaliz pani Gordon, to nadal pozostaje przykładem w jaki sposób wk… słuchacza. Czy ta „muzyka” może zafascynować? Tak, przykuwa uwagę, bo przypomina zapis jakiego seansu spirytystycznego, drażni industrialnym rytuałem („In the Dark Room”) albo raczej, jak w przypadku „Reverse Hard” ścieżką muzyczną (??) zejścia do piekieł.

Dobra, kapituluję, jest to chyba jednak najbardziej strawny kawałek hałasu, jaki Body/Head w swojej historii wyprodukował. Przyznam, że to rzeczywiście intrygujący projekt – szczególnie, kiedy człowiek zastanawia się, czy nie jest to  – nadal! – dźwiękowy zapis fal mózgowych zdradzonej i rozczarowanej życiem kobiety. Prawda jest poza nami… Ocena też…

Arek Lerch