BNNT – Multiverse (Instant Classic)

Konrad Smoleński, twórca słynnej barytonowej gitaro-rakiety, oraz towarzyszący mu perkusista Daniel Szwed od początku istnienia BNNT niemal na równi traktowali dźwięk i oprawę wizualną. Często atakowali znienacka, nieproszeni, grając na pace małej ciężarówki w miejscach z pozoru przypadkowych, bezpośrednio na ulicy. Może właśnie dlatego debiutancki album „_ _” nieco przepadł, oderwany od żywiołowych występów na żywo, które robiły wrażenie nie tylko dźwiękiem, ale także ich oprawą wizualną i okolicznościową. Być może to było powodem, dla którego BNNT – przynajmniej dla mnie – na pewien czas zniknął z radarów. Gdy wydawało mi się, że już niemal zupełnie zapomniałem o tej nazwie, duet atakuje po raz kolejny. Wsparty przez saksofonistę Matsa Gustafssona, mądrzejszy o wcześniejsze doświadczenia, powraca z „Multiverse” – albumem, który może nieco zrewidować układ sił na polskiej scenie niezależnej.

Można zarzucić BNNT, że próbuje wybić się na popularnym obecnie trendzie łączenia muzyki stricte rockowej (choć nie wiem, czy akurat w przypadku tej grupy jest to określenie szczególnie fortunne) z bardziej wyzwolonym, improwizowanym podejściem. Sugestie, że duet chce załapać się do tej samej fali, na której wypłynęli Lonker See, Lotto, So Slow, ARRM i wiele, wiele innych coraz to nowych projektów są jak najbardziej na miejscu. Jeśli chcesz powiedzieć, że BNNT chciałoby się podpiąć pod tę swego rodzaju modę, to tak, pewnie, masz pełne prawo żeby tak uważać. Sądzę jednak, że są to raczej wyroki nieco bezpodstawne, ferowane na wyrost i zbyt proste. „Multiverse”, owszem, przy pierwszym kontakcie wydaje się albumem, który pełnymi garściami czerpie z tego, co aktualnie jest w polskiej awangardzie na topie. Trzeba jednak zaznaczyć, że przy tym jest to materiał, którego jeszcze nie uświadczyliśmy. Pełen minimalizmu, oparty na mantrycznych, do znudzenia powtarzanych tematach, prowadzonych jednak w sposób zupełnie nienużący, a wręcz przeciwnie – wprowadzający w swoisty trans. Muzyka BNNT jest znacząco naznaczona plemiennym, szamańskim charakterem – najbardziej chyba w „God Is Nothing More Than An Acoustic Hallucination”, gdzie prym wiedzie silna, tribalowa rytmika. Zasadniczo należy powiedzieć, że „Multiverse” to właśnie przede wszystkim rytm, podbity odpowiednim ciężarem, snującą się elektroniką i pojawiającym się od czasu do czasu saksofonem. Dźwięków teoretycznie tu niewiele, jednak ich wymiar i natężenie sprawiają, że drugi album BNNT dość skutecznie przytłacza, a osiągnięcie stanu niemal ekstatycznego staje się możliwe bez zażywania jakichkolwiek środków psychoaktywnych.BNNT

Nie będę ukrywał, że duet Smoleński/Szwed przeistacza się z tworu ciekawego w projekt niezwykle intrygujący, o którym spokojnie można już mówić jako o zespole muzycznym. Wcześniej, oderwani od aspektu wizualnego, tracili zbyt dużo. Za sprawą „Multiverse” proporcje się odwracają i teraz to muzyka przejmuje palmę pierwszeństwa, będąc najciekawszym, co BNNT ma do zaoferowania. Sprawia to, że drugi album duetu – przynajmniej na ten moment – razem z So Slow i Lonker See zamyka podium najciekawszych tegorocznych albumów z szeroko pojętym transem, będąc przy tym płytą najbardziej mroczną, czarną i złą. Słuchając „Multiverse” mam nieodparte wrażenie, jakby sam diabeł śmiał mi się prosto w twarz i jest to odczucie tyleż przerażające, co fascynujące. W każdym razie, z pewnością, warte doświadczenia.

Michał Fryga

Pięć