Blut Aus Nord – 777 – The Desanctification (Debemur Morti )

Po dobrym, choć zdecydowanie nie do końca urywającym dupę „Sect(s)” przyszedł czas na drugi tom trylogii „777” – „The Desanctification” piewców metalowej awangardy. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, żeby z tak rozbudowanego zamierzenia wyszło coś dobrego i równego jednocześnie, a tu Blut Aus Nord sprawia mi małego psikusa. Nie dość, że jakość płyty wcale nie jest niższa od poprzedniczki, to do tego – w moim odczuciu – komando dowodzone przez Vindsvala osiągnęło stricte muzyczny progres.

Co ciekawe, choć generalnie koncept obraca się wokół monolitu muzycznej formy, to wygląda na to, że tym razem Francuzi skupili się na jej konkretnych elementach. W tym sensie Blut Aus Nord jak najbardziej spełnia moje oczekiwania, bo nie słyszę na „The Desanctification” black metalowej nawałnicy, nie ma tu sonicznych huraganów i chaotycznej kawalkady dźwięków. Wręcz przeciwnie. Ta płyta to matematyka w czystej postaci. Może nie w swoim wyższym wydaniu, ale cały czas na tyle wciągająca, że po każdym kolejnym przesłuchaniu można wycisnąć z niej coraz więcej smaczków. A to gdzieś rozmyte plamy dźwięków przykryje wyrywający się ładowi pochód wykręconych akordów (końcówka „Epitome VII”), a to całość ułagodzi delikatne, igrające z ciszą i orientem brzmienie instrumentalnego „Epitome IX”, a to znowu z głębokiej hipnozy wyrwie irytujące brzmienie dzwoneczków, wprowadzające w świat narkotycznego tripu „Epitome XIII”. Klimat aż cieknie z tych trzech kwadransów i nie mam wątpliwości, że niejeden prawdziwek zacznie bujać w rytm drugiej części „siódemek” niczym buddyjski mnich w transie. Niby to wszystko już gdzieś było, niby ‘The Desanctification’ jest w kwestii rozwiązań bardzo zachowawcze, ale słucham tej płyty z dużą przyjemnością i traktuję ją jako suspens przed zbliżającym się zwolna grand finale „777”. A to słychać już na rozedrganych melodiach gitar i podwójnej stopie wieńczącego krążek „Epitome XIV”.

Na dzień dzisiejszy jedyne, co mogę zarzucić „The Desanctification”, to brzmienie automatu perkusyjnego. Jakoś przy „Sect(s)” nie wychwyciłem momentów, w których by mnie to irytowało, a przy drugiej części trylogii czasem czuję sztuczność w wybijanych przez komputer podziałach. Mam nadzieję, że zamykający trylogię rozdział będzie prawdziwym skokiem w awangardową przepaść, której do tej pory nie udało się zasypać chyba nawet religijnym wizjonerom z DSO.

 

 

Dooban