BLOODTHIRST – Glorious Sinners (Pagan Records)

To jest jedna z tych przykrych chwil w życiu recenzenta, kiedy czuję się jak podmiot liryczny utworu „Teksański” zespołu Hey. Od paru dni dwoję się i troję, żeby napisać coś sensownego o nowym minialbumie Bloodthirst, ale efekt tego jest za każdym razem taki sam. Wyciskam z siebie jakieś marne wypociny, które albo nie mają żadnej wartości literackiej, albo mają niewiele wspólnego z recenzją w jej tradycyjnym rozumieniu. Każdy kolejny tekst ląduje w koszu i muszę zaczynać od zera. Cóż zrobić, może tym razem się uda…

Nie to, żeby muzyka Bloodthirst sama w sobie stanowiła jakieś wyzwanie, bo to w gruncie rzeczy prosty thrash z naleciałościami black metalu, adresowany do fanów takich ekip jak Desaster czy Deströyer 666. Problem tkwi raczej w tym, że nie jest to rzecz na tyle dobra, żebym mógł się nią zachwycić, ani też na tyle zła, żeby ją bezlitośnie zgnoić. Najtrudniej pisze się właśnie o takich płytach, bo recenzje tych ewidentnie złych i tych nieprzeciętnie dobrych piszą się same. Do muzyki Poznaniaków podchodziłem wielokrotnie i za każdym razem towarzyszyły temu uczucia ambiwalentne. Tak jest też w przypadku „Gloriuos Sinners”, gdzie ogniste riffy giną w przekombinowanych strukturach utworów, a rasowy metalowy jad ustępuje często miejsca niepotrzebnemu patosowi. Może to kwestia gustu, ale nawet w takiej estetyce wolę utwory o strukturze typowo piosenkowej i sądzę, że nie przypadkiem do liderów tego stylu należą takie kapele jak Aura Noir, czy wspomniany wyżej Deströyer 666. Nie mówiąc już o Slayer albo Destruction. Będę się zatem nadal upierał, że jakość utworu nie jest wprost proporcjonalna do ilości zawartych w nim riffów, a ciągłe zmiany tempa niekoniecznie muszą korzystnie wpływać na dynamikę.Bloodthirst

Z drugiej strony podoba mi się u Bloodthirst przywiązanie do klasycznie metalowych środków wyrazu. Do całej tej surowości i drapieżności, której próżno szukać na płytach „dużych” zespołów. Patrząc pod tym kątem pewnie prędzej sięgnąłbym po nagrania Bloodthirst niż na przykład po Anthrax, ale od strony czysto muzycznej to właśnie Anthrax zachęca swoją nową płytą do wielokrotnego jej słuchania, a nie Bloodthirst. I do tego właśnie „piłem” w poprzednim akapicie. Gdyby oszlifować nieco ten diament (w sensie kompozytorskim, nie brzmieniowym), to może dałoby się kiedyś postawić Bloodthist w jednym szeregu z wyżej wymienionymi, ale „Glorious Sinners” to jeszcze nie jest to.

Trochę też szkoda, że wykorzystanie polskich tekstów na ep-ce Żądza krwi okazało się jednorazowym eksperymentem, bo osobiście wolę ojczysty język od angielskiego, a ta pewnego rodzaju „światowość” polskich zespołów trochę mnie razi. Ale to już kwestia mocno subiektywna i nie rzutująca tak bardzo na końcową ocenę jak rzeczy, o których pisałem powyżej. Nie wiem czy kiedyś będę mógł w pełni pokochać twórczość Bloodthirst, ale nie miałbym nic przeciwko temu, żeby jakieś kolejne wydawnictwo poznaniaków złamało moje kamienne serce. Na razie bardziej ich muzykę szanuję niż lubię.

Michał Spryszak

Zdjęcie: Janek Fronczak

Trzy i pół