BLACKSNAKE – Lucifer’s Bridge (Diabolized)

Pamiętam, że jeszcze nie tak dawno temu właściwie jedynym zespołem, który w kraju nad Wisełką śmiało poczynał sobie w materii ciężkiego stoner/rock’n’rolla było Corruption. Ludziska słuchali, mówili, że fajne lecz pod nosem pojawiały się dziwne uśmieszki i ciągłe narzekanie na to, że takie granie miało już swój czas bardzo dawno temu. Jednak ostatnie dwa, a może nawet trzy lata to swoisty renesans muzy mocno zaprawionej klasycznym brzmieniem ciężkiego rock’n’rolla. Na dobrą sprawę można powiedzieć, że Polska staje się europejską stolicą grania, które wyrosło na fundamencie stoner rocka a patrząc szerzej – klasyki gitarowego grania. Blacksnake doskonale pasują do tego nurtu a swoją drugą płytą udowadniają iż rock’n’roll może być pełen ciekawych pomysłów i wcale nie musi oznaczać ciągłego oglądania się na to co było…

Na początek jedno zdanie tytułem wyjaśnienia. Nie uważam Blacksnake (dziś) za klasycznego reprezentatna sceny stoner/rock lecz kontakst przedstawiony wyżej bardzo ukazuje to, że zespoły jeszcze niedawno prawie wyśmiewane i grające dla publiki cholernie niszowej, dziś wreszcie znajdują rację bytu. „Lucifer’s Bridge” to materiał nieco inny niż debiutancki longplay zespołu. Mam takie wrażenie, że tym razem zespół podszedł do samego faktu tworzenia z większą otwartością, czego efektem jest płyta, która mimo iż bazuje na klasyce, jednak wcale nie tak łatwo ją sklasyfikować i postawić na tej a nie innej półce. Osobiście uważam, że takie wielokolorowe granie podporządkowane jakiejś tam nadrzędnej nucie jest po prostu strzałem w dziesiątkę i w formule takiego zespołu jak Blacksnake sprawdza się znakomicie.

„Lucifer’s Bride” to płyta od samego początku bardzo dynamiczna, żywiołowa, wciągająca do dobrej, rock’n’roll’owej zabawy. Tak naprawdę zawarta w dźwiękach moc i energia nie są czymś szczególnym co wyróżniałoby ten band na tle innych penetrujących podobne rejony. Blacksnake na swoim drugim albumie wyróżnia się głównie za sprawą pomysłowości i chęci  stworzenia materiału dobrego jakościowo i co ważne, ciekawego muzycznie. Zdarzą się tu numery, które tak jak „Say Goodbye To Heaven” uderzą w słuchacza niemal thrashową galopadą, a zdarzy się też, że w „Legacy of Rock” zespół powita nas obłędnie klasycznym brzmieniem organów. Powiem to raz wtóry – dla mnie największą zaletą tego materiału jest jego klasyczne zróżnicowanie. Muzycznie cały czas jest korzenny rock, ale co chwila pojawiają się smaczki sprawiające, że materiał ten staje się czymś więcej niż tylko kolejną płytą do jazdy samochodem. Oprócz wspomnianych wyżej numerów uwagę zwracają też lekko bluesowy „Broken Hearts…”, stoner’owo-corruption’owy „Warning” oraz nostalgiczny „Iron Ground”; tak naprawdę to cała płyta jest w równym stopniu ciekawa i brak jej słabych stron.

Nadszedł czas na to by wspomnieć o tym co negatywne lub niedopracowane, uważam jednak, że byłoby to z gruntu niesprawiedliwe gdybym teraz zaczął się zespołu „czepiać” o detale. Tak jak pisałem, w moim odczuciu to bardzo dobry album, który spokojnie mógłby poradzić sobie w zestawieniu z innymi mocniej promowanymi na scenie nazwami.

Wiesław Czajkowski

Cztery i pół