BLACK TUSK – Set The Dial (Relapse)

Trzej pogrobowcy Sabbath z Savannah po raz kolejny raczą nas trzecią już w ich historii długogrającą płytą, która świata nie zmieni, nie wywróci życia do góry nogami, ale przy piwku (jak ktoś lubi…) będzie stanowić miłe towarzystwo. Jest konkretnie, staroświecko, ciężko i bagiennie. Czyli – prawidłowo…

Black Tusk to typowy przedstawiciel tzw. southern’ rocka z Ameryki. Zainfekowany z jednej strony blues rockową tradycją swojego kraju, wielbiący Black Sabbath i mający jednocześnie ten wyczuwalny podskórnie pierwiastek  bagnistego sludge – ducha, odróżniającego go od wieśniaków z gitarami i słomą w butach. Choć trzeba też jasno przyznać, że brak im tej bożej iskry, jaka dotknęła chociażby DOWN. W efekcie dostajemy sprawnie zagraną muzę, której brakuje polotu ekipy Rexa czy sataniczego mroku Cough. Zespół jest chyba jednak świadomy swoich możliwości, bo od początku do końca nie sili się na jakieś wydumane granie – jest prosto, z przytupem i rasowo w temacie kompozycji. Bez wychyleń w żadną stronę.

Swoje atuty Black Tusk sprzedaje w najlepszym i drugim na płycie, cholernie motorycznym „Bring me Darkness”, po czym bez zbytnich ambicji, choć ze znawstwem, przejeżdża się po doom metalu („Mass Devotion”) stoner rocku („Ender of All”) i sięga nawet do amerykańskiej prowincji w niezłym bluesiorze „Set the Dial to your Room”. W stosunku do niezłej poprzedniczki „Taste the Sin”, nowe dzieło jest nieco bardziej surowe i bałaganiarskie, przez co brzmi miejscami jak niedopracowane czy – eufemistycznie rzecz ujmując – spontanicznie. To na pewno atut, choć na dzień dzisiejszy poprzedni album cenię sobie bardziej, właśnie ze względu na dopracowane i przemyślane aranżacje.

Nie powiem, że będę jakoś szczególnie często wracał do „Set the Dial”, jednak na pewno z zainteresowaniem przyglądam się karierze tej trupy.

Arek Lerch 

Trzy