BLACK REBEL MOTORCYCLE CLUB – Wrong Creatures (Vagrant Records)

To naprawdę już siódmy album (siódmy, bo o „The Effects Of 333” staram się zapomnieć)!? Oni naprawdę istnieją już dwadzieścia lat!? Ciągle mam wrażenie, że to jeszcze młody, dobrze zapowiadający się zespół, ale fakty są inne – Black Rebel Motorcycle Club to już od jakiegoś czasu uznana marka, stojąca jednak w cieniu The White Stripes, The Strokes czy The Hives. Bo też nigdy nie pchali się ze swoją muzyką na afisz; jasne, zdarzyło im się napisać kilka hitów, ale ich dzieła mają zdecydowanie mniejszy potencjał komercyjny aniżeli twórczość wyżej wymienionych zespołów. Przede wszystkim – są bardziej mroczni, mniej przebojowi, a chętniej sięgający po trans czy dysonanse. Czego kolejnym i chyba najlepszym dowodem jest nowy album.

Ostatnie kilka lat nie było dla Black Rebel Motorcycle Club szczególnie udane. Raczej – usłane problemami i tragediami. Ciągłe problemy finansowe, fiasko eksperymentalnego „The Effects Of 333”, średnie przyjęcie całkiem udanego powrotu do garażowego grania czyli „Beat The Devil’s Tattoo”, wreszcie prawdziwa tragedia, jaką była śmierć Michaela Beena, ojca wokalisty, podczas koncertu na festiwalu Pukkelpop. Kiedy grupa dochodziła do siebie i wydała świetny „Specter At The Feast”, spadł na nią kolejny cios – perkusistka Leah Shapiro musiała poddać się operacji mózgu w celu leczenia zespołu Arnolda-Chiariego. Ale, jak wiemy od Baracka Obamy i z motywacyjnych obrazków w Internecie, „after the storm the sun will shine”, i oto są, cali i zdrowi, z porcją nowej muzyki.

Muzyki, która nie zaskakuje, ale spina klamrą dotychczasowe dokonania BRMC. Jest tu trochę brudnego, garażowego rocka, który zawsze jest w modzie, ale podstawowym budulcem „Wrong Creatures” są te transowe, oszczędne instrumentalnie, przyjemnie płynące fragmenty oraz ich kontrast ze wspomnianym brudem. Mam wrażenie, że trio koniecznie chciało uniknąć na tej płycie hitów i nawet kiedy pojawia się jakaś wpadająca w ucho melodia niknie ona w gąszczu mniej ekscytujących, czy też mniej radiowych fragmentów. Jedynym w zasadzie wyjątkiem jest singlowy „Little Thing Gone Wild”, zbudowany na prostym basowym riffie i włączającej się gdzieniegdzie hałaśliwej gitarze. Ta gitara to w ogóle jeden z mocniejszych punktów płyty – schowana na drugim planie, grająca drugie skrzypce, ale wychylająca się do przodu w idealnych momentach, dodajaca muzyce dynamiki i podkreślająca oraz uzupełniająca melodie (jak chociażby w refrenie „Question Of Faith”).BRMC

Black Rebel Motorcycle Club to nadal skóra, papieros i butelka Jacka Danielsa, ale jednak bardziej upijanie się na smutno w jakimś barze na odludziu, aniżeli wiatr we włosach i Route 66. Nie wiem czy brak hitów może być zarzutem, to zależy czego od BRMC oczekujemy. Drugiego „Took Out A Loan”, ani „Beat The Devil’s Tattoo” tutaj nie znajdziemy. Na „Wrong Creatures” trio próbuje uwolnić wszystkie demony, które gnębiły ich przez kilka ostatnich lat, tworząc być może najintymniejsze oraz najmniej przebojowe dzieło w swojej dyskografii. Dojrzałość zastąpiła młodzieńczą werwę.

Paweł Drabarek

Cztery