BJÖRK – Utopia (One Little Indian)

Niezbyt ładnie zabliźniły się te rany Björk po rozstaniu z jej wieloletnim partnerem, eksponowane na udanym albumie „Vulnicura”. Jego następca – „Utopia”, to emocjonalnie uleczona Björk, dotknięta jednak przykrą chorobą muzyczną. Objawy: zawodzenie w różnych sceneriach przyrody i obojętność na istnienie słuchacza.

Przypadłość ta objawiła się nam po raz pierwszy na podziwianej dzisiaj „Vespertine”. Ten przepiękny w swojej wymowie i warstwie instrumentalnej album toczył również wirus „przegadania”, bezkierunkowego śpiewania do muzyki o niewielkiej zmiennej amplitudzie. Jednak „Vespertine” wygrywał kilkoma absolutnie powalającymi kompozycjami ubranymi w strukturę zwrotka-refren („Pagan Poetry”, „Hidden Place”) i młodym, iskrzącym jeszcze głosem Islandki. Dzisiaj, 16 lat i jeden polip na strunach głosowych później, Björk ma resztki tego głosu i żadnych kompozycji godnych większej uwagi. Głos Islandki jest bardziej matowy, a sama wokalistka zasłania swoje problemy licznymi chórkami i zapętlonymi frazami. Na „Vulnicura” tego rodzaju niedostatki rekompensowały lub usprawiedliwiały kompozycje, które nurzały się w bólu i ciemności, zmierzając przy tym do jakiejś muzycznej konkluzji. Tutaj, w tym idyllicznym świecie opanowanym przez flety, odgłosy ptaków i glitche generowane przez Arca, Björk brzmi płasko, by nie powiedzieć siermiężnie. Jeśli nawet jej głos brzmi adekwatnie do swojego wieku i sama zainteresowana nic na to nie poradzi, to co może usprawiedliwiać wątpliwą jakość samych utworów?Bjork

Album zaczyna się przyzwoicie od „Arising My Senses”, z lekko zarysowaną melodią przewodnią i wyraźnym podkładem rytmicznym. Nic nowego i powalającego, ale przynajmniej coś, na czym można zawiesić ucho. Dalej doświadczamy całkiem uroczego, na fali wejścia w album jeszcze interesującego „Blissing Me” i już statycznego „The Gate”, który może przejmować słuchacza wielokrotnym wołaniem artystki o zaspokojenie potrzeby zagospodarowania jej życia. Gdyby album zakończył się w tym miejscu, mielibyśmy do czynienia z sympatycznym wyjściem Björk do ludzi po (medialnej) traumie. Na „Utopia” muzyka gra jednak dalej, a wokalistka zamiast przekonywać do swojej muzyki miliony, chowa się gdzieś po jej zakamarkach. Bezkształtna struktura „piosenek”, brak porywających, albo przynajmniej zapamiętywalnych melodii wokalnych (nieliczne wyjątki w postaci np. „Future Forever”), nurzanie się w eksperymentach dźwiękowych okraszonych włóczącymi się wokalizami, za którymi nie chce się podążać. Jestem w stanie zrozumieć, że Björk gra w swoją grę, jednak zawsze na jej drugim końcu pozostaje słuchacz – tutaj porzucony sam sobie, na ostatnim miejscu zainteresowania artystki. Może Björk nie chce mierzyć się z popową strukturą, bo już to kiedyś zrobiła? A może to zwykłe lenistwo, albo utrata zdolności do pisania prostej piosenki? Sam nie wierzę, w to co piszę, ale czasami warto zadawać głupie pytania, by ktoś dał im odpór. Na ewentualne zarzuty niezrozumienia przeze mnie idei wolności twórczyni i prawa (do) eksperymentu, pominięcia tekstów, sentymentalnego przywiązania do młodej Björk z lat 90, żądania natychmiastowej gratyfikacji od złożonej/ulotnej muzyki „Utopii”, odpowiadam: „Pleasure Is All Mine”, „Where Is The Line”, „Who Is It”, „Oceania”… Te wszystkie arcydzieła pojawiły się na jednej płycie Björk. „Medulla” z 2004 roku mogła jednak pogodzić wszystkie grupy słuchaczy, od tych żądnych eksperymentu, po spragnionych konkretnych, bosko zaśpiewanych melodii, do których chce się wracać.

W 2017 roku Björk jest półprzezroczysta i widocznie tak ma być. A ja chciałbym obcować z Björk Guðmundsdóttir a nie z jakąś galaretowatą istotą i jej galaretowatymi odczuciami. No nic, nie mój cyrk i nie moje galaretki.

Kuba Kolan

Trzy