BISMUTH/UNDERSMILE – split (Tartarus Records)

Ostatnimi czasy najczęściej bywa tak, że na rzeczy warte uwagi wpadam przypadkiem. Tak też było z Undersmile. Z muzyką tego tworu zderzyłem się podczas zabijania czasu za pomocą tradycyjnego „popatrzę sobie co tam słychać w wielkim świecie…”. I tak pomiędzy czarną kawą a croissantem nadzianym malinową marmoladą trafiłem na zespół Undersmile. Choć po stokroć właściwsze jest stwierdzenie, którego użyłem już wyżej, mianowicie nie tyle było to odkrycie co klasyczne zderzenie, po którym zostaje tylko ból głowy. Totalny ciężar z jakim objawił mi się ten zespół już od pierwszych dźwięków sprawił, że nieco stępiony tonami gównianych produkcji zmysł ciekawości pobudził się do pracy na najwyższych obrotach a im bardziej zagłębiałem się w świat dźwięków jakie generuje Undersmile, tym było lepiej…

Cóż jest tak intrygującego w formacji Undersmile? Wszystko i nic, można by rzecz. Z jednej strony zespół ten, mimo iż oryginalny, nie stworzył niczego co można by bez zasadniczego bólu dupy nazwać kamieniem milowym rocka czy innego gatunku muzycznego. Z drugiej jednak formacja wyróżnia się właściwie wszystkim i zdecydowanie jest czymś więcej niż tylko kolejną grupą doom/sludge’owych wykolejeńców. Po pierwsze, Undersmile to w głównej mierze Taz i Hel czyli niesamowity duet gitarowo-wokalny; mimo wszystko bandów, w których rządzą przedstawicielki płci pięknej nie ma jednak zbyt wiele. Po drugie zespół ten w obrębie czegoś co z grubsza określić można jako konglomerat sludge-doom metalu z odrobiną post-grunge i psychodelii tworzy muzykę z wyraźnie wypalonym autorskim piętnem. Tyle tytułem wprowadzenia…Undersmile recka

Ostatnim studyjnym wydawnictwem Undersmile jest recenzowany split z Bismuth, który jakiś czas temu ukazał się na hipsterskich nośnikach. Jemu właśnie postanowiłem poświęcić chwilę lub nawet dwie, zważywszy na czas trwania albumu. Zacznijmy od Undersmile bo ten band jest w opisywanej kooperacji w moim odczuciu ważniejszy. Formacja umieściła na splicie jedną tylko kompozycję. Ale za to jaką! „Titanaboa” to ponad 20 minut muzyki, wymykającej się jednoznacznym opisom i szufladkowaniu. Płynąca gdzieś w tle muzycznego pasażu, któremu najbliżej do drone deklamacja wprowadza specyficzny nastrój. To trochę jak zaproszenie do świata hipnotycznej psychozy, która w raz z pierwszym, ultra ciężkim riffem rozpęta się w najlepsze. Ciężar i nietypowe harmonie to jeden z wyznaczników brzmienia jakie kreuje Undersmile. Powolne, jakby maksymalnie przesterowane i wyciągnięte w czasie riffy toczą się z gracją wielkiego, morskiego stwora, który znalazł się na brzegu. Ślamazarne, otępiałe i przytłaczająco ciężkie. Takie jest właśnie otwarcie tego numeru. Gdzieś w okolicach piątej minuty, gdy po raz pierwszy odzywają się GŁOSY – zrozumiecie, dlaczego mam czelność nazywać ten zespół niesamowitym. Syreni śpiew duetu Taz- Hel podparty poplątaną harmonią i ciężarem riffów jakie grają tworzy coś na kształt opętanego sountracku do jakiejś dziwnej opowieści grozy. Wiem, że zespół w swoich tekstach opowiada abstrakcyjne historie o morskich potworach i moim zdaniem ma to sens. Tak ciężka, tak hipnotyczna i zarazem psychodeliczna muzyka ma w sobie coś z niepojętej mocy oceanu. Niepojętą tajemnicę jaką skrywa morska głębia…

Ok. Już słyszę te głosy: „ale to wszystko już było”, to „nic nowego”; może i tak lecz w moim odczuciu zestawienie wszystkich cech składowych czyni z Undersmile band jednak bardzo oryginalny i ciekawy. Muzycznie mimo wszystko nieprzewidywalny i legitymujący się własnym brzmieniem co w dzisiejszych czasach jest cholernie rzadko spotykane. Analogowe, bardzo ciepłe i surowe gitary przeplatają się ze śpiewem obłąkanych syren a gdzieś w tle mniej ważny pierwiastek męski dopełnia dzieła za sprawą dającej drugi plan i głębię perkusji oraz basu. „Titanaboa” gaśnie tak jak się rozpoczął – miękkim, przesterowanym drone… by w samym finalne po raz kolejny przetoczyć się po słuchaczu ciężkim głazem riffu…Bismuth Band

Zapomniałbym, że materiał ten ma także drugiego uczestnika przedstawienia w postaci Bismuth, który to przygotował kompozycję „Collapse” trwającą jedyne siedemnaście minut. W porównaniu do Undersmile, Bismuth to twór, który jest bardziej „klasycznym” przedstawicielem sceny drone-noise-doom. Toporne, ultra ciężkie riffy, ciągły przester i zgrzyt tak dwu słowach opisać można „Collapse” . Jednak numer ten ma jakiś dziwny, cholernie negatywny klimat, dzięki czemu jeśli chodzi o flow tej kompozycji, spokojnie rzec można, że wędruje gdzieś w okolice dziwacznego, hipsterskiego black metalu a całość robi się co najmniej ciekawa. Bismuth to zespół, na który trzeba zwrócić uwagę.

Split Undersmile/Bismuth to wydawnictwo w naszym kraju raczej niezbyt dostępne, ale dziś w czasach totalnej globalizacji wszystko wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Dlatego też szukajcie bo warto poznać te dwa naprawdę dobre zespoły.

Wiesław Czajkowski

Pięć i pół