BIOHAZARD – Reborn In Defiance (Nuclear Blast)

Ten zespół to legenda i pisanie o nim na zasadzie rozbioru logicznego jest bez sensu. Mają swoich zatwardziałych zwolenników jak i przeciwników, kilka kultowych płyt i sznyt ulicznych rozrabiaków. Teraz powracają, w zasadzie tylko po to, by zaanonsować nową płytę i odejście Evana, który zdecydował się był w końcu poświęcić w 100% pozamuzycznemu zajęciu. Choć też, w pewnym sensie, sztuce…

Moje doświadczenia z Biohazard były tak samo pokręcone jak i historia grupy. W czasie największych sukcesów w latach 90 – tych, zasadniczo stroniłem od nich, uznając dokonania za zbyt komercyjne jak na moje, niezależne, ucho. Potem w czasach totalnego zniesmaczenia rozrośniętym do granic możliwości rakiem pt. „metalcore”, wróciłem do płyt w stylu „Urban Discipline” czy „State Of The World Address” uznając ze zdziwieniem, że biohazardowe połączenie hardcore’a, metalu i potężnego groove łyka w butach cale zapyziałe calibano – jakieś tam, zapatrzone w Amerykę towarzystwo. I tak już zostało. Jeśli łączenie metalu i core’a, to Biohazard w pierwszej kolejności.

Nie wiem, czy zespół bardzo tęskni za czasami chwały, dość, że – na szczęście – nie próbuje zdyskontować największych sukcesów nagrywając np. „Mata Leao pt II”. Jedzie za to w swoim stylu, raz zbliżając się do core’owego środka „Kill or be Killed”, raz zaliczając małe wpadki (np. „Means to an End”), ale zawsze grając zajebiste koncerty (kto był na ich ostatnim występie w Warszawie, potwierdzi…). W międzyczasie zmieniał się skład, Evan odchodził, wracał dawny gitarzysta, w końcu doszło jednak do tego, że w klasycznym składzie zarejestrowali najnowszy album. Wprawdzie już po jego premierze śpiewający lider znowu (!) zdecydował się opuścić grupę, jednak muzyka broni się znakomicie. Nie spodziewałem się aż tak dobrego, kopiącego w dupę albumu. Po pierwsze – brzmienie. Tłuste, zwarte i cholernie ciężkie. Dokładnie takie, jakiego potrzebuje muza Amerykanów. Po drugie kompozycje – świetnie „słuchalne”, lepiące się do uszu riffy, idealnie zgrane z perkusją. No i na koniec rzecz najważniejsza – berakdowny, niesamowite doły, przy których nawet trup będzie wysoko skakał („Killing Me”, „Skullcrusher”, „Vengeance is Mine”). Muzyka idealnie nadająca się na koncert, wyrywająca z butów największego malkontenta. Tym razem zespół zadbał też o aranżacje, w wielu miejscach nieco je rozbudowując i napełniając świetnymi melodiami („Waste Away”). Pojawiają się tu także kawałki zaskakujące, spokojne, nostalgicznie wyciszone, np. „Vows of Redemption” czy instrumentalne zakończenie „Season the Sky”. Zupełnie inną kategorią jest za to „You Were Wrong” – ponury, miejscami wyciszony, pancerny groove z niesamowitym klimatem. Świetny numer.

I w ten sposób prości Amerykanie, uliczne, wydziergane rozbójniki znowu udowodnili przewagę swojego stylu życia nad europejskim intelektualizmem. Jasne, można powiedzieć, że wszystko odbywa się wg znanego schematu, ale czy np. Heaven Shall Burn nie nagrywają swoich płyt w oparciu o pewne, sprawdzone formuły? Tyle, że słuchając „Reborn In Defiance” cały czas mam ochotę na  dobrą zabawę, bez specjalnego myślenia i wsłuchiwania się w niuanse. Bo Biohazard potrafi nadal porwać i dołożyć do pieca. Nie wiem, jak potoczą się losy tej gromady, ale wiem, że nową płytą otworzyli sobie kolejny kredyt zaufania. I pasuje do nich jak ulał stare przysłowie o winie.

 Arek Lerch

Cztery i pół