BIG I BRAVE – Ardor (Southern Lord)

„Ardor”, czyli trzeci krążek kanadyjskiego Big|Brave, to płyta na nasze czasy. Pełna buzującego gdzieś pod powierzchnią napięcia, sprzecznych uczuć, kontrastów i przesiąknięta jakimś dziwnym, niewytłumaczalnym lękiem, z którego nie sposób się oswobodzić. W bardzo prostej formie udało się zamknąć przeróżne inspiracje – od Swans, przez Boris, Sun O))) aż po Godspeed You! Black Emperor, tworząc przy tym mieszankę unikalną; nie rzucającą na kolana, ale nad wyraz solidną.

Przyznam, że kiedy wczułem się w ten zgrzytliwy, niepokojący riff (trochę Neurosis na bad tripie), który otwiera płytę, spodziewałem się usłyszeć niskie, gardłowe ryki jakiegoś brodatego pana. Jakże się ucieszyłem, kiedy zamiast wrzasków i charczenia dostałem delikatny, kobiecy głos – niby wiem, że to nic nadzwyczaj oryginalnego, ale ten kontrast pomiędzy posępnym, niemal drażniącym uszy riffem a subtelnym wokalem Robin Wattie jest doprawdy ujmujący. „Ardor” to w ogóle album pełen kontrastów, niedopowiedzeń i zmyłek, przez które trudno go uchwycić i jednoznacznie zaszufladkować. Wydaje się, że grając te powolne riffy w zapętleniu zespół buduje napięcie przed nadejściem czegoś bardziej spektakularnego, jednak… nic takiego nie nadchodzi. Napięcie rośnie, ale nie eksploduje. Czekamy, aż tu nagle kończy się płyta i znów jesteśmy skonsternowani.Band

Na „Ardor” nie usłyszycie gitary basowej – są za to skrzypce (to sprawka Jessiki Moss z Three Silver Mt. Zion Memorial Orchestra). Brzmi to nietypowo, szczególnie jeśli jesteście przyzwyczajeni do potężnego brzmienia sludge metalowych ekip. Brak basu oznacza brak „gruzu”, ale nadaje tej muzyce schizofrenicznej atmosfery – czujemy cały czas, że coś tu nie gra, czegoś brakuje. Niby jest ciężko, ale… trzeba sobie ten ciężar dopowiedzieć, wyobrazić, bo fizycznie nie sposób go odczuć. Dużo radości sprawi ten krążek osobom preferującym wysokie, jazgotliwe dźwięki i dysonanse – nie jestem przekonany czy Wattie oraz obsługujący drugą gitarę Mathieu Bernard Ball stroją swoje instrumenty; wiem na pewno, że lubią przester.

Wydaje mi się, że to właśnie wszystkie te nieoczywistości powodują, że tej płyty słucha się po prostu dobrze. Żadne to przełomowe dzieło, te 40 minut nie zmieniło mojego życia – nie spowodowało nawet opadu szczęki, ale nowy krążek Big|Brave to idealna rzecz do odpłynięcia po ciężkim dniu. Minimalistycznie, transowo, apokaliptycznie i ponuro. Dobra pozycja na początek jesieni.

Paweł Drabarek

Cztery