BIBLICAL – The City That Always Sleeps (Tee Pee Rec.)

Na samym wstępie przyznam, że zdarza mi się ulec jednemu z najbardziej pierwotnych, okołomuzycznych instynktów. To straszna sprawa. Bywa bowiem, że w swoich płytowych wyborach kieruję się niczym innym, jak zmysłem wzroku. Nawet, jeżeli wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że krążek będzie co najwyżej przeciętny, wpadający w oko obrazek potrafi zmusić do obdarowania muzyki samotną chociażby szansą. Ale… koniec tego trzymania w niepewności – w przypadku „The City That Always Sleep” na jednym przesłuchaniu się nie skończyło.

Wiadomo – do miana dzieła sztuki wspomnianej grafice daleko; udało jej się jednak utrafić w mój zmysł estetyczny tak dalece, że zwyczajnie musiałem dać temu krążkowi szansę. Czy Biblical są kanadyjską odpowiedzią na Nagrobki – zapytacie? Nic z tych rzeczy. Rozpanoszonego umiłowania śmierci na „The City That Always Sleep” raczej nie odnotowano. Obie grupy łączy jedynie zaskakująca otwartość na różnorakie zewnętrzne wpływy i częste wycieczki poza środowisko, z którego się wywodzą. Bo pomyślmy przecież: Tee Pee. Stonery i wszelkie pochodne. W teorii jest to pewien znak jakości, niby źle być nie powinno, ale, z drugiej strony, ciężko oczekiwać jakichś niesamowitych wrażeń. A jednak takowe tutaj znalazłem.

Bo etykiety mylą. Tak, jak mylą tropy panowie z Biblical. Zdaje się, że oni sami nie do końca wiedzą, co grają, ale przypadku tego albumu pewne niedopowiedzenie poczytuję za wielką zaletę. Ze wspomnianą różnorodnością wiąże się zresztą zabawna kwestia – chociaż każdy z utworów stanowi zupełnie inną historię, w tym chociażby rozumieniu, że całkowicie odmienne są punkty odniesienia, jakimś sposobem wszystkie zlewają się w jedno; nieustannie łapię się na tym, że punkty graniczne między numerami gdzieś mi umykają. Po części traktuję tę płytę jak jedną piosenkę o tysiącu oblicz i jest to doświadczenie naprawdę intrygujące.Band fot. Michel Dussack

No dobrze, zatem co my tutaj mamy? W singlowym, najbardziej przebojowym „Mature Themes” jakieś plemienno – taneczne wibracje rodem z Goat mieszają się z krzyczanymi, punkowymi wokalizami, coś jak Blaze Bailey z jedynki Maiden (sic!). A dalej jest przecież nie mniej ciekawie. Mglista psychodelia praktykowana przez Biblical usypia i rozleniwia, a podlana jest sludge’m w rock’n’rollowym wydaniu (Kylesa…?). „Fugue State” to oko puszczone w stronę progowego niedopowiedzenia, a „Spiral Staircase” na mocnym rytmie osnuwa jazzowo – elektroniczne wędrówki. Numer tytułowy kwasowe solówki żeni z wokalizami a’ la Mastodon, zaś „House of Knives” to pyszne zwieńczenie całości, lekko nieokiełznane na metalowy sposób i cieszące surfową dynamiką. Uff… to już koniec. Zwykle nie rozkładam poszczególnych utworów na czynniki pierwsze, stawiając na opis ogólnego klimatu i szerszego obrazu, jednakże w przypadku nowego wydawnictwa Biblical podobne podejście skazane byłoby na niepowodzenie. Zachwyca mnie mnogość odniesień i tropów zawarta na „The City That Always Sleeps”, nawet, jeżeli istnieje kosztem możliwości wtłoczenia grupy w jakąś szufladę. A może przede wszystkim dlatego…? Co istotne, w każdym ze swoich wielu oblicz Kanadyjczycy są wiarygodni i dalecy od nudzącej oczywistości. Nie ma tu klarownych przebojów ani nawet momentów, które zapadają w pamięć mocniej, niż inne. Mimo tego, ani sekundy spędzonej z tym krążkiem nie można uznać za straconą. I tylko trochę szkoda, że wytwórnia – chociaż niewątpliwie zapewni płycie odpowiedni rozgłos i dystrybucję – może niektórych odrzucić niejako z urzędu. Byłaby to wielka strata, jako, że Biblical stanowczo wykraczają poza ramy myślowe zwyczajowo narzucane sobie przez stonerowe towarzystwo.

Adam Gościniak

Zdjęcie: Michel Dussack

Cztery i pół