BETRAYER – Necronomical Exmortis/Forbidden Personality (Thrashing Madness Productions)

Imponuje mi zacięcie Leszka Wojnicza-Sianożęckiego do utwardzenia w plastiku i polichlorku winylu całej klasyki polskiego metalu, jaka by ona nie była. No właśnie, to nie zawsze są płyty faktycznie prezentujące jakąś pozakroniarską wartość i nie cały muzealny katalog Thrashing Madness to perły i diamenty. Reedycja obu demówek Betrayer stoi trochę w rozkroku między czymś bardzo cennym a wypełnieniem luki w katalogu „wyczekiwanych reedycji”, ale tak czy owak jest to dobrze, że takie wydawnictwo się pojawiło.

Nie mam żadnego szczególnego stosunku emocjonalnego do muzyki Betrayer. Kiedy wszedłem w temat, było już dawno po ptokach, zespół właśnie kopnął w kalendarz, a ja czytałem o nim w archiwalnym numerze Thrash’em All. Na okładce był zresztą Vader w swoim złotym składzie, m.in. z basistą Betrayer. Ci z kolei byli tuż po wydaniu „Necronomical Exmortis”, z wywiadu lała się ambicja podboju świata i wiara w siebie. Czas był odpowiedni – death metal był młody, miał już nazwę i zestaw konkretnych cech wyróżniających go jako gatunek, a przy tym ciągle jeszcze wiele do udowodnienia. Co poszło nie tak i dlaczego na wiele lat skończyło się na jednej płycie, o tym warto pomyśleć przy okazji reedycji „Calamity”. Na etapie demówek mogło się wydawać, że świat stoi otworem. Słuchane obok siebie pokazują, jak szybko ewoluowały wówczas zespoły zachłystujące się nową ekstremą. „Forbidden Personality” z 1990 to jeszcze thrash/death z akcentem na thrash, przesiąknięty wczesną Sepulturą, Slayer i Possessed. Na wydanym raptem rok później demo „Necronomical Exmortis” Betrayer gra już death metal, o ironio wyraźnie czerpiąc z tych samych zespołów. To był wtedy dobry zespół, płynący na fali świeżych nurtów, ale też dość niewyrazisty na tle swoich rówieśników. Nie trzeba urodzić się w 1876, aby słuchając dziś stwierdzić, czego zabrakło w muzyce Betrayer, a co od samego początku miał wspomniany Vader czy nawet Damnation. Betrayer brakuje charakterystycznych osobowości, czegoś własnego w brzmieniu, co wyniosłoby ich ponad kategorię „no tak, dobry zespół, no taki, no, dobry”.B

Paradoksalnie, dużo dobrego obu materiałom na tej reedycji robi ich obiektywnie nienajlepsza produkcja. Mocno „taki se” miks i utopienie szczekającego wokalu w pogłosie – tak się dziś nie robi. Choćby kupić wszystkie lampowe wzmacniacze świata, nikt już tak death metalu nie wystylizuje, to się musiało wydarzyć wtedy, kiedy czasem inaczej się nie dao. Dobrze, że demówki Betrayer wreszcie wyszły w godziwej reedycji, z typową dla Thrashing Madness opcją „na bogato”. Dobrze, że ta przestrzeń między wznowieniami wydawnictw Ghost a Armagedon została załatana, bo jak kanon to kanon. Ten konkretny jego element jest dwa kroczki za „Dead Condemnation” czy „Forbidden Spaces”, bo gorzej się dziś trzyma, ale dokumentuje pewną epokę, która już tylko na archiwaliach przetrwała.

Bartosz Cieślak