BELLE&SEBASTIAN – Girls in Peacetime Want to Dance (Matador/Sonic)

W poszukiwaniu popu idealnego udajemy się tym razem do Szkocji. Zielona wyspa (nie mylić z krajem wierzb płaczących i idiotów) sprzyja widać optymistycznemu nastawieniu do świata, bo najnowszy, dziewiąty album Belle&Sebastian przynosi tak niesamowitą i soczystą porcję radości, że mam ochotę wyjść na ulicę i uśmiechać się do ludzi. „Girls In Peacetime Want to Dance” niezmiennie ogrzewa moje serce. Taki optymizm trzeba mieć po prostu w genach.

Wstaję. Za oknem śnieg zmieszany z deszczem, brud i wkurwieni ludzie zbierający się na przystankach. Nowy, wspaniały dzień. Wiem, że kiedy wyjdę, mimowolnie połączę się z tłumem i stanę się cząstką tej smutnej, przemoczonej tłuszczy. Wiem, że muszę to zrobić. Muszę przyjąć lekarstwo na ogarniającą beznadzieję. Przed wyjściem łykam więc pigułkę szczęścia. Na imię jej „Nobody’s Empire”. Już pierwsze dźwięki tej cholernie i tak beznadziejnie optymistycznej piosenki powodują, że słońce zagląda przez okno. Wychodzę.Belle and Sebastian by Søren Solkær _I7R0493

Najnowsza płyta Belle&Sebastian, nawet jeśli przyjąć, że nie ma tu jednego, oryginalnego dźwięku, jest tak bezpretensjonalnie pozytywna i orzeźwiająca, że nie sposób od niej się uwolnić. Nie ma znaczenia, czy słucham niemal dyskotekowych klawiszy „The Party Line”, stylizowanego na Pet Shop Boys „Enter Sylvia Plath” czy refleksyjnie naburmuszonego „The Cat with the Cream”, ważne, że wizja popowej i przebojowej muzyki w wydaniu Szkotów jest czysta. Dokładnie: nie ma tu żadnego zgrzytu, brzydkiego dźwięku czy modnej, szorstkiej produkcji. Krystaliczne dźwięki instrumentów, świetnie zmiksowane z delikatnymi orkiestracjami cieszą ucho. Jasne, czasami można uznać, że robi się ciut za słodko, ale to właśnie taka konwencja. Co nie znaczy, że zespół nie potrafi zmarszczyć czoła – poważnieje w „The Everlasting Muse”, gdzie miotełkowa perkusja i kontrabas robią „retro” klimacik a zaskakujący kontrapunkt refrenu dodaje całości pikanterii. Bez wątpienia najlepszy numer na płycie. Takich kolorów znajdziemy na tym 60-minutowym albumie mnóstwo – czasami zespół odjeżdża gdzieś do lat 70-tych, pojawia się lekki funk, dęciaki, ABBA („Perfect Couples”), słodki plastik dekady’80 („Play for Today”) dużo akustycznych, popowych tematów, czasami wręcz onieśmielających instrumentalnym bogactwem. Nie można się nudzić, co i rusz zmieniają się kolory i nastroje. Bez zmian pozostaje pogodny charakter całości. Najważniejsze jest zaś to, że muzyka – choć powyższe słowa mogą to lekko sugerować – wcale nie jest banalna. Owszem, nie ma aspiracji przywódczych, nie chce być prorokiem. I może to jest najfajniejsze.

Wychodzę z domu. Wsiadam do autobusu. W radiu podają informacje z ukraińskiego frontu. Stojąca obok mnie kobieta patrzy zgorszona na mój uśmiech. Z taką muzyką stawiam czoła całemu złu tego świata.

Arek Lerch

Pięć