BEISSERT – Darkness: Devil: Death (Agonia Records)

Bardzo lubię Drezno. Fajne miasto, z rzeczywiście piękną, monumentalną starówką. To takie miasto, które choć niemieckie, mocno kojarzy się z Polską. Jedynie czystość i porządek przypominają, gdzie się znajdujemy. Podobnie jest z muzyką Beissert, zespołu, który we wspomnianym mieście rezyduje. Trzecia płyta, druga dla Agonii, nadal pokazuje, że zespół kontynuuje artystyczne niedopowiedzenie a gdzieś między tymi dźwiękami tkwi to, co cenią sobie fani hałasu na Wisłą. Choć niekoniecznie na jednym krążku.

Z takimi zespołami zawsze jest problem. Grają dokładnie to, co im się w danym momencie spodoba, nie baczą na spójność, czystość stylistyczną, na konwenanse. I dlatego są intrygujące. Niemożność jasnego określenia, z czym mamy do czynienia, jest z drugiej strony lekkim kołkiem w tyłku. Uwiera i nie można nic na to poradzić. Już „The Pusher” pokazywał, że Niemcy lubią się bawić, choć wydawało się, że zdecydowanie opowiadają się za łączeniem przyciężkawego stoner’a z metalem. Tym razem nie jest już tak łatwo, bo poczynając od mocno zajeżdżającego heavy metalem „Thy Chthonic Catedral”, zespół funduje iście piekielny przekładaniec. Pewne jest tylko jedno – będzie dużo hałasu i wrzasków.

Trzeba przyznać, że Beissert ma talent do pisania chwytliwych riffów, które na dodatek brzmią, jakby każdy wyszedł spod ręki innego kompozytora. A to pojadą klasyką, mocnym, histerycznym heavy – śpiewem, to znowu ładują się w mięsisty, nisko strojony thrash metal (świetny „Darkness Devil Death”, „The Profundis Clamavi” czy „My Path Shall Be Your Wrath”) a żeby nie było to zbyt oczywiste, zawsze przyprawiają miksturę jakimś obłąkanym zaśpiewem czy melodeklamacją. I brzmi to cokolwiek dziwnie, bo choć z jednej strony kręci, to czuje się jakiś dysonans, zgrzyt, chyba, że właśnie na taki efekt zespół liczy? Grupa pamięta też, jaki mamy rok i zadaje rasowy, nabrzmiały „rowerkami” metalcore („Zorn Der Geister”). Kogoś mogą za to obruszyć nu metalowy „I Am the Lore” i pogięty, śmierdzący na milę System Of A Down „Age ov Darkness”, chyba najbardziej groove’owy numer na płycie. Dla ukojenia mamy w zestawie bardzo melodyjny, rockowy „Perm Trias”. Powiedzcie zatem sami – czy taki zestaw brzmi normalnie? 

Beissert na mapie współczesnego rzępolenia lokalizuje się gdzieś w połowie stawki, z jednej strony eksperymentując, przeciągając wręcz strunę, jednak z drugiej, zachowując bezpieczny dystans do miejsca, gdzie mogliby zostać posądzeni o zdradę metalowych korzeni. Stąd zapewne przywoływanie na „Darkenss…” bardzo wyraźnych wpływów klasyki, która przecież w Niemczech nadal jest hołubiona, podobnie zresztą w Polsce. Nie sądzę, by ortodoksyjni maniacy thrash i heavy docenili zapędy Beissert, jednak to dzięki nim zespół nie musi obawiać się oskarżeń o zdradę. Choć może dzisiaj to już nie jest problem. Tak, jak wspomniałem gdzieś na początku, mam z zespołem lekki zgrzycik, bo ich wizja metalicznego rock’n’rolla, wydaje mi się nieco zachowawcza. Wolałbym, żeby w końcu odważyli się na jakiś bardziej radykalny krok, za który zbiorą może cięgi, ale w kontekście artystycznym dokonają przełomu. W końcu zwrot „wszystkie wrony za ogony” nie oznacza niczego dobrego. Ok, może ta „wrona”, to nie było szczęśliwe porównanie…

Arek Lerch

Cztery