BEIRUT – No No No (4AD/Sonic)

Jak powszechnie wiadomo, rozterki życiowe, dramaty, głód i brak kobiety są najlepszym, artystycznym paliwem, które pobudza nawet najbardziej bezpłciowe persony w szołbiznesie. Zach Condon, mózg Beirut, w/g informacji prasowych w minionym roku przeżył prawie wszystko – wycieńczenie psycho-fizyczne po wyczerpujących trasach, rozwód, załamanie i blokadę artystyczną. A na blokadę lekarstwem jest nowa miłość, najlepiej egzotyczna. Potem poszło już z górki i we wrześniu światło dzienne ujrzała nowa płyta projektu Beirut. Płyta, która oczywiście wzbudziła kontrowersje, bo przecież artysta nie próbował nawet doścignąć swojej, ponoć najlepszej, płyty „The Gulag Orkestar”. 

„No No No” jest niewątpliwie dziełem, odzwierciedlającym radość z odzyskanej weny i prawdopodobnie Zach nie pomyślał o tym, by spełniać oczekiwania malkontentów, ścigając się sam ze sobą. A skoro euforia post-depresyjna kazała mu napisać muzykę pogodną i przyjazną, możemy się tylko cieszyć i nie nie szukać w tym wszystkim nawet grama eksperymentu. Bo takowego tu nie ma. Jest za to dziewięć indie rockowych a może nawet leciutko popowych, pogodnych piosenek. Tylko tyle i aż tyle.Beirut band

W sporej części płyty dominuje bardzo spokojna instrumentacja, delikatne miotełki szumią w podkładzie pod pianino i gitarę akustyczną („Gibraltar” czy „As Needed”), jest oczywiście trochę nawiązań do dokonań Radiohead w „August Holland” czy „So Allowed” (tu akurat z podobieństwami nawet nieco przesadzono…) i porcja bluesowych smętów w „Pacheco”, a jeśli ktoś lubi być zaskakiwany, niech posłucha „Fener”. To zresztą jeden z jaśniejszych punktów płyty – żywy, ruchliwy utwór z świetną, zaskakującą zmianą drive’u w samym środeczku. Przede wszystkim dominuje jednak faza plateau po życiowych wybojach i właśnie jako taką sjestę trzeba płytę odbierać. Nic więcej, poza dobrą porcją delikatnie rockowego, sprawnie i całkiem bogato zinstrumentalizowanego indie, w sam raz na leniwy weekend w domowym zaciszu.

Arek Lerch 

Trzy i pół