BEIRUT – Gallipoli (4AD/Sonic)

Muzyczny internacjonalizm w wydaniu Beirut może przyprawić o zawrót głowy. Od Nowego Meksyku, przez Nowy Jork, po Berlin, Rzym i włoskie suburbie. Szef zespołu jest zaiste nieprzewidywalny i kręte drogi znajdują dość wyraźne odbicie na kolejnych płytach. Najnowsze dzieło jest jednocześnie chyba najciekawszym i najbardziej eklektycznym dokonaniem pana Zacha Condona.

Poprzedni krążek „No No No”, powstały jako odreagowanie po traumatycznych przeżyciach był ciepły i pełny miłych melodii. Nowy album „Gallipoli” jest być może nico bałaganiarski, ale przynosi ze sobą zdecydowanie ciekawszy patchwork brzmień, zaskakujących połączeń i doskonałej zabawy produkcyjnej. Pomijam w tym miejscu bajania samego zainteresowanego, który dość pokrętnie wyjaśnia genezę płyty. Wolę traktować ją jako świetnie upichcony materiał, niż wynik nieco niestabilnej natury Zacha. Oczywiście, nie zmienia to faktu, że jego podróże odbijają się na płycie i to jest bardzo fajne. Postarajmy się zatem w pierwszej kolejności zdefiniować muzykę… i od razu polec w tej nierównej rozgrywce. Bo określenie jednym słowem zawartości krążka jest bezcelowe. Kalejdoskop inspiracji poraża. Od klasycznego, miejskiego indie rocka, przez folk, szczyptę dreampopu, zabawy z preparowanymi taśmami czy fascynację dęciakami rodem z zapomnianych miasteczek na południu Włoch, Zach wiedzie nas po różnych zakątkach, z entuzjazmem zaglądając w najdziwniejsze miejsca. Buzują nastroje – od zadumy i melancholii po euforyczne erupcje. Beirut operuje specyficzną manierą melodyczną, która idealnie współgra z klimatem 4AD, oniryczna atmosfera udziela się słuchaczowi od pierwszego momentu, także muzycy towarzyszący Zachowi nie są tuzinkowi – świetne instrumentacje, bardzo dobrze wykorzystywane perkusjonalia, zaskakujące aranżacje; wydawać by się mogło, że to strasznie nadęta i skomplikowana wręcz płyta, a tu nic z tego, bo obcujemy ostatecznie z pogodnymi, nieco jarmarcznymi w aranżach piosenkami, które ciągną za sobą całą paletę barw i emocji.Beirut2 by Olga Baczynska

Jedynie pozornie ta muzyka wydawać się może banalna. To pierwsze, zwodnicze wrażenie bardzo szybko – wraz z kolejnymi utworami – ustępuje miejsca fascynacji. Płyta wciąga, choć faktycznie, kiedy skończy się ostatni na krążku „Fin”, zaczynamy się zastanawiać, z czym tak naprawdę mieliśmy do czynienia… i po raz kolejny zanurzamy się w dziwny, świat wagabundy Zacha, który w specyficzny sposób przedstawia nam swoje wizje, delikatnie sugeruje stany emocjonalne, od depresji, po szaloną radość. Nie spodziewałem się aż tak dobrej płyty od Beirutu. Na dzień dzisiejszy moja ulubiona banalna/niezwyczajna pozycja w katalogu 4AD. A to przecież dopiero początek roku…

Arek Lerch

Pięć