BEHOLD… THE ARCTOPUS –  Hapeleptic Overtrove (Willowtip)

Czym powinna być dobra muzyka? W zasadzie każdy ma chyba inną – swoją –  definicję. Powinna być niezobowiązująca, relaksująca. Głęboka a może przebojowa? Powinna mieć groove, dobre chorusy, aranżacje niebanalne i jakieś drugie dno. Powinna coś zmieniać, wyprzedzać peleton, przełamywać bariery, albo upieprzona ziemią, grzebać się w przeszłości. W zasadzie można wymyślić jeszcze sporo określeń, ale do nowojorskiego tria nic nie pasuje. Może za wyjątkiem tego, że to co grają jest zupełnie popierdolone.

Staram się znaleźć coś normalnego, ale ciężko mi idzie. To przecież zespół bardzo zwyczajny wizerunkowo, nie ma skandali, nie ma wybujałej ideologii, zbudowanej np. na kształt Liturgy. Mijasz ich i nawet nie odwracasz głowy. Ot, trzech przeciętnych amerykanów. I tak jest. Do momentu, kiedy chwytają za dwie gitary (co to jest warr guitar?!) i siadają za bębnami. Wtedy już wiesz, że masz do czynienia z wykolejeńcami, dla których muzyka jest jak sala treningowa – wchodzą na nią, by złamać własne słabości. W tym przypadku łamanie polega na stworzeniu potwora, który zwie się paradoks. Bo taka jest ta muzyka: to nie są „kompozycje”, nie ma tu niczego co nazwiemy aranżacją, harmonią czy melodią. A jednocześnie klękasz przed bajecznymi umiejętnościami tych gości. Grają jak psychopaci, ale nie nazwiesz tego jazzem, technicznym metalem czy jak tam chcesz. Technika wydaje się być w tym przypadku bezradna, bo Behold… The Arctopus kpią z niej, sprowadzając do roli marionetki, której można wydłubać oko i urwać rękę. Tworzą „coś”. Ok, teraz bardziej konkretnie, bo zaraz ktoś pomyśli, że zwariowałem.Behold...

Paradoksalnie, ta muzyka jest bardzo dowcipna, bo jak inaczej podejść do picassowskiej układanki, strzępków improwizacji, głupawych zabaw na cowbellach – ci goście postanowili śmiać się z tzw. ciężkiej muzy, z technicznego onanizmu, sprowadzając je do absurdu: „Adult Contemporary”, „Telepathy Apathy”, „Forgotten Explanations” to paranoja i awangarda w jednym, popieprzony jazz metal, który wszystko wywraca do górny nogami. Szukanie w tym jakichś prawidłowości nie ma sensu, zastanawiam się jedynie, czy to faktycznie muzyka wyimprowizowana, czy w jakikolwiek sposób „skomponowana”. Nie mam pojęcia, chyba tylko sami muzycy mogliby ten fakt wyjaśnić. Niby słychać w tym chociażby elementy stylu Cephalic Carnage, dużo wyjaśnia fakt, że pałker Jason Bauers grał wcześniej w Psyopus, ale i tak głównie słyszę w tym wspomagany „trawką”, histeryczny śmiech. Tak chyba jest najlepiej. Nieco poważniej robi się w psychodelicznym locie na zeschizowaną gitarę („Other Realms”) i teoretycznie wyglądającym na jakiś pomysł aranżacyjny „Preverse. Esoteric. Different” (pierwsze trzy minuty to rozjechany gitarowy drone, z którego wyłania się w drugiej części zespołowe cięcie/gięcie). Jeśli już pojawi się bardziej okiełznany (oczywiście, w pojęciu tego zespołu…) riff, to perkusista robi wszystko by „zepsuć” odbiór przez otłukiwanie każdego elementu zestawu, co wywołuje u słuchacza nerwowy śmiech („Hapeleptic Perspective respecte” czy „Blessing in Disgust”).
To co napisałem, może brzmieć jak połajanka, jednak wcale tak nie jest. Bardzo szanuję fakt, iż zespół nie zatrzymał się na poziomie tzw. technicznego metalu, tworząc smutną kopię mistrzów sprzed lat, ale poszedł dalej, rozwalając wszystko, od kompozycji po harmonię i rytmikę w drobny pył. A tu już blisko stworzenia czegoś na kształt własnego stylu. Płyta tylko dla otwartych głów. Miłej zabawy a ocenę wymyślcie sobie sami.

Arek Lerch