BEHEMOTH – I Loved You at Your Darkest (Mystic)

Czytając bardzo przecież liczne opinie na temat „I Loved You at Your Darkest” można wśród recenzentów zauważyć dwie tendencje – zwłaszcza, jeśli chodzi o sam wstęp do recenzji. Pierwsza to podkreślanie długiej i pokrętnej drogi, jaką przebył Behemoth nawet nie tyle od swoich black metalowych korzeni, co od albumów, które zaczynały budowanie potęgi trójmiejskiej bestii. Rzecz jasna, są to w przeważającej części tezy bardzo słuszne, a każdy, kto choć minimalnie interesuje się współczesną sceną metalową wie, jak wiele znaczy na niej Behemoth i z kim gra w jednej lidze. Druga grupa recenzentów, szczególnie tych bardziej złośliwych, stara się skupić przede wszystkim na osobie Adama Darskiego, na każdym kroku podkreślając jego rzadką smykałkę do kreowania zarówno siebie, jak i zespołu bez mała jako kolejną markę dostępną na rynku. Żartom na temat psiej karmy zdaje się nie być końca, lecz… Lecz i oni mają sporo racji, bo jednak Behemoth to bardzo silna – oczywiście jak na standardy muzyki metalowej – marka, nie tylko przyciągająca tłumy na koncerty, ale też sprzedająca coraz więcej coraz bardziej wymyślnego merchu. Cóż, moim zdaniem jest to okej, tak działają prawa rynku – więcej na nim znaczysz, więcej zarabiasz. Wracając jednak do tematu – czasem możecie też natrafić na recenzje takie jak moja, zaczynające się słowami: nowy album Behemoth to wyjątkowo udany materiał.

Dokładnie – „I Loved You at Your Darkest” to bardzo dobra płyta. Behemoth nie gra najbardziej intensywnego i ekstremalnego metalu na świecie, ba! Nawet w porównaniu do swoich poprzednich wydawnictw najnowszy krążek zespołu brzmi niezwykle przystępnie, wręcz… popowo. Wcale nie nadużywam tego słowa aż tak bardzo, jak myślicie – czy Behemoth ma aż tak dużo równie chwytliwych utworów co „God=Dog” czy „Bartzabel”? To, co chłopaki prezentują na „I Loved You at Your Darkest” to przede wszystkim materiał bardzo dokładnie przemyślany. Ani na chwilę nie rezygnują oni z chwytliwości i przystępności, która jest na tyle duża, by nie odstraszyć mniej wyrobionego słuchacza i przy tym na tyle subtelna, by u typowego Kowalskiego wciąż uchodzić za uosobienie muzyki ekstremalnej. Szczerze, w ogóle mi to nie przeszkadza, bo choć czuję, że to nie jest muzyka dla mnie, nie umiem nie docenić nie tylko świetnych (no, może odrobinę przeładowanych) aranżacji, jak i równie dobrych pomysłów na kompozycje. Szacunek należy się zespołowi za sposób, w jaki nie tylko przykrywa swoje słabe strony, ale przede wszystkim w którym akcentuje te najsilniejsze. I to się, kurwa, musi sprzedać, ale nie dlatego, że jest fajnie opakowane (chociaż opakowane jest zajebiście), ale dlatego, że jest po prostu dobrej jakości.Behemoth

„I Loved at Your Darkest” nie jest raczej albumem, do którego w przyszłości będę szczególnie często wracał, ale wynika to głównie z faktu, że metal Behemotha nie jest skierowany akurat do mnie. Zbyt cenię sobie w muzyce prostotę i minimalizm oraz surowe emocje, by pełen przepychu styl Behemotha tak naprawdę do mnie trafiał. Nie znaczy to jednak, że nie robi on na mnie wrażenia. Raz jeszcze powtórzę – to niezwykle przystępna płyta i właśnie taką płytę powinien w tym momencie nagrać Behemoth. Dzięki temu albumowi, pozycja zespołu stanie się jeszcze silniejsza, a undergroundowe korzenie staną się wspomnieniem jeszcze bardziej mglistym i wręcz nierealnym. Przypomnijcie sobie same początki zespołu, poszukajcie na YouTube „Endless Damnation”, posłuchajcie „Gromu”… A potem sprawdźcie przed jaką publicznością aktualnie gra w Stanach Behemoth. To jest kurwa kosmos.

Michał Fryga

Cztery