BEEHOOVER – The Devil and his Footmen (Exile on Mainstream Records)

Niemiecki Beehoover wypuścił na świat kolejną, czwartą już płytę i ponownie nic sobie nie robi z kanonów, mód i faktu, że mamy 2013 rok. Duet żyje w swoim świecie i za cholerę nie przypomina niemieckich, wiecznie zapatrzonych w najnowsze trendy zespołów. Inna sprawa, że im akurat nie potrzeba reklamy, bo są wystarczająco intrygującym tworem. Zapraszamy na perkusyjno – basowe opowieści.

Norwegowie mają Darkthrone a Niemcy – Beehoover. Też duet, też robi sobie fotki w lesie, mało o nich wiadomo, koncertują raczej rzadko, jedynie muzycznie prezentują zgoła inne podejście do materii niż koledzy z norweskich ostępów. Jeśli ktoś miał okazję spotkać się z tym zespołem, wie, że to duet – śpiewający basista i perkusista. Skromny skład, ale trzeba przyznać, że wypracowali sobie całkiem ciekawą formę, dającą dużą swobodę instrumentom, które sprawnie i bez kompleksów zapewniają przestrzeń. Jednocześnie warto zauważyć, że skromne instrumentarium wymusiło specyficzny styl gry – basowe partie pełne są zakrętów, często stosowane są sekwencje akordowe, dzięki czemu bas skutecznie zastępuje zwykłą gitarę rytmiczną. Także bębny są raczej gęste, miejscami nieźle pokręcone; wtedy właśnie muzyka Beehoover może kojarzyć się z formacją Sabot. O ile jednak rezydenci Taboru kombinują ile wlezie, o tyle Beehoover stara się nadać utworom bardziej płynny, pulsujący charakter. Warto zauważyć, że nowa płyta w stosunku do młodszej o blisko trzy lata „Concrete Catalyst” jest nieco oszczędniejsza (brak gitar akustycznych), użyłbym nawet słowa „sucha”. Oszczędność zasadza się także na mocno analogowej produkcji, mam wręcz wrażenie, że materiał pozbawiony został masteringu, w celu zachowania naturalnego brzmienia, jakie uzyskiwali w studiu.

Z całej puli wyróżniają te numery, które, moim zdaniem, wychodzą nieco poza schemat. Wymienię tu przede wszystkim „Morning Sun” i „Dear Mammoth”, które najwyraźniej wypadły ze śpiewnika braci Wright. Fajne wrażenie robi nieco plemienny (ach, te sucho dudniące bębny…) „Boy vs Tree”, transowy, okraszony świetnym śpiewem „Rooftop” czy jazzcore’owy „My Mixtape Suck Big Time”. Wisienką na torcie jest zamykający płytę, siedmiominutowy „Honeyhole”, zaczynający się od stylowego ambientu z mistrzowsko narastającą dynamiką. W takich momentach słychać, jak świetnymi muzykami są Ingmar Petersen i Claus-Peter Hamisch. Jeśli dorzucimy do tego fakt, że obydwaj udzielają się wokalnie, wrażenie jest jeszcze większe.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że muzyka zespołu jest w jakiś przedziwny sposób zwyczajna; wydaje mi się, że panowie, wtłaczając w te numery maksimum pomysłów, jednocześnie – chyba dzięki swojej osobowości – trzymają wszystko w ryzach, dbając, żeby słuchacz otrzymał nie zbiór spiętrzonego, instrumentalnego onanizmu, ale utwory płynące równym pulsem, brzmiące niczym zwykłe piosenki. A to jest już duża sztuka. Jednocześnie dzięki temu muzyka staje się wielowymiarowa, stopniowo ujawniająca kolejne pomysły. Jako, że poznałem zespół już na poziomie „Heavy Zoo” (2008), nie jestem zaskoczony, jednak dla kogoś, kto zetknie się z Beehoover po raz pierwszy, będzie w to miłe odkrycie. Polecam każdemu, kogo zmęczyła gitarowa młócka.

Arek Lerch

Pięć