BEEHOOVER – Low Preformer

Nie ma Sabot, jest Beehoover, taki mam manifest na dzień dzisiejszy, choć oczywiście porównywanie niemieckiego duetu do stacjonujących w czeskim Taborze Amerykanów (nie wiem czy nadal tak jest…) to teoria nieco na wyrost, bo Ingmar i Claus nie bawią się w jazzcore’owe łamańce, idąc bardziej w stronę, powiedzmy „Mama” NMN. Choć to też  do końca trafny trop. Od najlepszej w karierze płyty „The Devil and his Footmen” płynęło już, bagatela, ponad siedem lat, zatem, sprawdzamy aktualną kondycję Niemców.

A ta pozostaje raczej bez zmian, tzn. nie zmieniło się podejście do muzyki i sposób zabawy instrumentami. Duety to teraz modny temat, ale nie sądzę by Beehoover miał szansę na jakąś wielką popularności, bo długie, często ośmiominutowe kompozycje, z zagęszczoną pracą bębnów i przesterowanego basu nie nadają się do radia. Ale to mały problem. Większym jest to, że dzisiaj Beehoover jest dużo bardziej wściekły niż kiedykolwiek. Nie wiem, co się zmieniło – może wyjaśni to wywiad – ale zespół tak zajadle jeszcze nie brzmiał, w szczególności dotyczy to partii wokalnych, z których wylewa się autentyczne wkurwienie. Nadal twierdzę, że szczyt miał miejsce na „Devil…”, ale „Low Preformer” przywraca mi wiarę w ten duet, po lekkim zawahaniu na „Primitive Powers”. Panowie są zgrani jak nigdy, wszystko pracuje jak w szwajcarskim zegarku, ponadto udaje im się wyważyć momenty spokojniejsze, grane oszczędniej z tymi, gdzie wszystko zlewa się w brutalny atak.Beehoover

Aranżacyjnym majstersztykiem jest „Fisherman”, gdzie zespołowi udaje się bardzo świadomie prowadzić narrację, od spokojnego, zdominowanego przez wokal wstępu, aż po gęsty, inkrustowany wrzaskiem finał. Równie udany jest „Weisenheimer Blues”, gdzie mamy w zasadzie wszystko co jest dla Beehoover charakterystyczne – żonglowanie dynamiką, skądinąd znane pętle basowe, wokalny wkurw, wyciszone zwrotki. Zespół korzysta z dobrodziejstw późnej ery post punka, czasami słychać troszkę sabotowej maniery; duet łączy to w formę, która piosenką nie jest, a jednak tak można to odbierać, w każdym razie słychać lata pracy nad własnym stylem, co już jest godne podziwu, szczególnie w kontekście muzyki raczej niekomercyjnej. Co jeszcze? Ciążące nieco w stronę post rocka „Army of Good Evil”, rozbudowany „Hell lis Paradise”; praktycznie każdy numer to doskonała, zespołowa praca, przemyślane aranże, choć trzeba dodać, jak już wcześniej zaznaczałem, jest to dość wymagająca, raczej niezbyt przebojowa płyta. Na pewno Beehoover wraca do łask u niżej podpisanego. Aha, nadal nie rozumiem, dlaczego tu i ówdzie muzyka Niemców klasyfikowana jest jako sludge…

Arek Lerch

Pięć