BATUSHKA – Litourgiya (Witching Hour)

Zastanawialiście się kiedyś co tak naprawdę ważne jest w dzisiejszej muzyce? Nie, odpowiedzi oczywiste możecie skreślić od razu już na starcie. W muzyce dziś nie liczy się muzyka. Smutne, ale prawdziwe. Dziś, moi drodzy, liczy się to by muzykę zamienić w produkt a ten jak najlepiej sprzedać. Dlatego też twórcy i wydawcy walczą w szaleńczym wyścigu szczurów by to właśnie ich materiał zaistniał w powodzi pojawiających się co chwila premier na czas dłuższy niż mgnienie oka. Cel ten osiągnąć można na wiele sposobów. Można postawić na wytarte już niemal do cna kontrowersje, można na sztandar wrzucić diabła tudzież politykę, ale można też postawić na swego rodzaju tajemnicę, licząc, że to co nieznane ciągle pociąga odbiorcę. Dlaczego piszę o tym wszystkim we wstępie do rozważań na temat szeroko komentowanego albumu Batushka? Otóż moim zdaniem „Litourgiya” to świetny przykład tego jak dobrze zaplanowane akcje marketingowe są w stanie muzykę średniego sortu wynieść do rangi dzieła przed duże D…

Prawdę mówiąc, fenomen Batushka jest dla mnie czymś nie do końca zrozumiałym. Zaczynając od określenia muzyki tego tworu mianem ortodoksyjnego black/doom metalu a na noszącej wszelkie znamiona owczego pędu fali zachwytów kończąc. Odkryjmy więc karty jakimi enigmatyczna Batushka chce czarować słuchacza. „Litourgiya” to nieco ponad 40 minut black metalu utrzymanego w tonie popularnego w latach 90-tych nurtu zwanego black metalem symfonicznym. Wiem, nie znam się, jestem ignorantem i domorosłym krytykiem bez gustu, ale mimo wszystko płyta ta na kilometr śmierdzi mi między wierszami starymi nagraniami choćby takiego Dimmu Borgir z czasów zanim zespół ten przekształcił się w objazdowy cyrk na kółkach. Gros materiału to przecież dość szybki black metal z wysuniętym na front szkerzkliwo-piskliwym wokalem. No, moi drodzy, nie jest to absolutnie nic nowego, a wręcz przeciwnie, granie takie swojego czasu było namiętnie uprawiane przez tysiące zespołów, które – na szczęście – już dawno odeszły w niebyt. Zdecydowanie jestem zaskoczony tym jaką popularność zdobył ten album bo muzycznie moim skromnym zdaniem te przeważające, szybko-skrzekliwe frazy są dość monotonne i męczące. Całe szczęście, że nie stanowią o całości płyty.b

Batushka to nie tylko blasty i skrzeki to też druga, można by rzec, strona medalu. Ciekawsza, nabierająca barw wraz z każdym kolejnym odsłuchem. Zabieg by black metal połączyć z retoryką wschodnio-religijną ocenić można, moim zdaniem, na przysłowiową piątkę i to z plusem. Chwile kiedy, jak już wspomniałem, nudny i monotonny skrzek ustępuje pola potężnemu zaklinaniu nawiedzonego popa a blasty tracą intensywność na rzecz szerszej skali i przestrzeni to najlepsze momenty albumu. Tego typu zabawy formą głównie ze względu na użyty język (rosyjski?) sprawiają wrażenie niespotykanej otwartości a tak naprawdę są tylko ciekawym urozmaiceniem w gruncie rzeczy dość pospolitego klimatu całości. Mówiąc jasno – bez elementów cerkiewno-religijnych „Litourgija” nawet przy najlepszych zabiegach bogów PR skazana byłaby na pożarcie. A tak otrzymujemy album nierówny, miotający się pomiędzy sztampą a ciekawym, intrygującym klimatem.

Podsumowując zawartość „Litourgiya” w dwóch słowach, muszę stwierdzić, że spodziewałem się więcej, dużo więcej. Zamiast sonicznej ekstazy mamy tu jedynie lekki dreszczyk emocji a to trochę mało by o Batushka pamiętać za rok. Czarowanie tajemnicą nie wystarczy by okrzyknąć ten album odkryciem. Niestety, ale mówiąc szczerze jest to płyta dość przecięta i chwilami tylko podążająca w niezbyt często przez metalowców odwiedzane rejony, być może dlatego dla przeciętnego słuchacza Behemoth czy Vader tak pociągająca.

Wiesław Czajkowski

Trzy i pół